Hej, hej, hej, hej!
Jakoś nie sądzę, byście specjalnie czekali na rozdział, ale jeśli jest ktoś taki to piszę by Was jednocześnie przeprosić jak i... pocieszyć?
Rozdziału nie będzie. Następny rozdział, mimo że po części napisany nie pojawi się... tutaj.
Po jakimś czasie zarówno ja, jak i Eutera, stwierdziliśmy, że to opowiadanie nie jest takie jakie chciałyśmy żeby było i nie jest to opisane w taki sposób w jaki chciałyśmy to opisać, dlatego też tak źle nam to szło. Nie oddaje naszych myśli ani umiejętności. Nie chcemy jednak go porzucać, bo sam pomysł dalej nam się podoba. Co więc z tym zrobimy?
Przenosimy się.
Przenosimy się na inny blog i piszemy to od początku. Postaramy się dodawać posty szybciej, zwłaszcza zważywszy na to, że są wakacje, ogólnie polepszyć wszystko.
Tak więc...
zapraszamy na nowy blog, gdzie pojawiają się już rozdziały.
Link: tutaj
Pozdrawiam
Dobrze Wam już znana Syra Cailan
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
sobota, 13 grudnia 2014
Rozdział 6 - Oczami Sary
Była już około druga w nocy. Sara dalej rozmyślała o słowach Destiny. Nadal słyszała w umyśle odpowiedź współlokatorki, która uważała, że dobrze, iż znalazła się w psychiatryku. Na początku sama tak myślała. Zrozumiała, że jest inaczej kiedy Jean rzucił jej propozycję. A może to przez leki? Normalnie czuła się w końcu inaczej. Wstała, przeszła się po pokoju. Nie wyglądał jak więzienie, może prócz krat i pancernych szyb w oknach, ale podobnie było w jej szkole. Wyciągnęła ze swoich rzeczy niewielkie pudełeczko. Minęło już kilka dni, a ona dalej się nie rozpakowała. Wyciągnęła ze szkatułki naszyjnik, taki, do którego można włożyć zdjęcia. Ozdobiony był małymi kryształkami. Ujęła go w obie dłonie, szepnęła coś. Zaświecił.
- Miło mi cię znów widzieć, siostrzyczko. - szepnęła otwierając wisior. Jej siostra uśmiechała się. Szkoda, że tylko na zdjęciu. Sara często do niej mówiła. Tak bardzo tęskniła za siostrą. Miała też wrażenie, że dziewczyna cały czas z nią była. Niewidoczna i cicha. Ale nie mogła nic zrobić. Myśli uśpiły ją.
- Miło mi cię znów widzieć, siostrzyczko. - szepnęła otwierając wisior. Jej siostra uśmiechała się. Szkoda, że tylko na zdjęciu. Sara często do niej mówiła. Tak bardzo tęskniła za siostrą. Miała też wrażenie, że dziewczyna cały czas z nią była. Niewidoczna i cicha. Ale nie mogła nic zrobić. Myśli uśpiły ją.
***
Rano, trochę przedwcześnie obudziło ją pukanie do drzwi. No dobrze, do końca pukanie to nie było. Ktoś walił pięściami w wejście i bynajmniej nie zamierzał przestać. Destiny jeszcze spała. Sara zarzuciła biały szlafrok, zawiązała go byle jak i podeszła do drzwi. Kiedy je uchyliła, ujrzała Jeana. Chłopak miał na sobie zwykłe spodnie i luźną koszulę, zarzuconą na nagą klatę, rozpiętą. Uśmiechał się, wzrok miał dziwny. Wyglądał jakby brał narkotyki, czy coś w tym rodzaju.
- Cześć Ruda, jest twoja współlokatorka? - postąpił krok do przodu chcąc wejść do pokoju, ale dziewczyna zablokowała wejście ręką.
- Czego tu chcesz Jean? - uniosła brwi. Czuła obrzydzenie do chłopaka. Zauważyła też, że chowa jedną rękę.
- Chciałbym porozmawiać z Destiny. - rzekł, nie przestając się uśmiechać.
- Niby co chcesz jej powiedzieć? - spytała, niezbyt grzecznym tonem Sara. Uśmiech lekko mu zrzedł, ale jednak pozostał.
- Chcę ją...- przeciągnął słowo - przeprosssssić. Mooogę? - patrzył jej w oczy. Rudowłosa chciała coś odpowiedzieć, kiedy nagle Jean zwalił jej się pod nogi. Złapała go w ostatniej chwili, jakimś niezwykłym refleksem powstrzymała go od uderzenia głową w podłogę. Jego ręka, ta, którą ukrywał była jedną wielką raną. Sara wrzasnęła, nacisnęła przycisk alarmu, który był przy każdej izolatce i przykucnęła przy chłopaku. Ściągnęła mu koszulę, zawiązała na ranie i podniosła jego rękę do góry. Materiał szybko przesiąkał krwią, ale służby medyczne już były przy nich. Wzięli Jeana, Sarze kazali się ubrać. Jedna z pielęgniarek poczekała na nią. Poprowadzili ją do jednego z psychologów. Kiedy zobaczyła, że trafiła do doktora Martina Revena, odetchnęła w myślach z ulgą. Znała doktora Revena jeszcze przed trafieniem tu, był w miarę normalny i lubił ją. Starszy człowiek, średniego wzrostu, dość gruby uśmiechnął się do niej pogodnie i wskazał krzesło.
- Witaj Saro. Jak się czujesz? - spytał na wstępie. Rudowłosa usiadła i również się uśmiechnęła, chociaż słabo.
- Nie tak źle, proszę pana. - odpowiedziała. Kiwnął głową. Było to jedno z typowych zachowań psychologów - potakiwanie na wszystko co powie pacjent.
- Opowiedz mi jak to było. - poprosił lekarz. Sara zrelacjonowała mu po krótsze przebieg wydarzenia. - Pewnie się przestraszyłaś... Jesteś w szoku?
- Na pewno nie większym, niż przy śmierci mojej siostry, panie Reven. Nic mi nie jest. - mruknęła. To, że była w psychiatryku, nie znaczyło jeszcze, iż jest świrem czy potrzebuje specjalnej troski. Wait... Saro, to właśnie to znaczy. - westchnęła w myślach. Potrafiła dobić sama siebie.
- Jesteś tego pewna? - doktor uśmiechał się. Dobrze wiedział, że Sara była zrównoważoną psychicznie dziewczyną, więc nie musi jej tak męczyć.
- Absolutnie pewna. - odpowiedziała. Znów potaknął.
- Ale na wszelki wypadek zrób sobie dzisiaj wolne. Nie idź na zajęcia. Tutaj masz zaświadczenie. I niech ktoś z tobą zostanie, najlepiej. - oznajmił i podał jej karteczkę z wypisanym zwolnieniem z zajęć. Nic jej nie było, ale z tej karteczki mogła skorzystać. I była pewna, że Destiny też chętnie skorzysta.
***
Jej współlokatorka już nie spała, kiedy Sara wróciła do pokoju. Destiny siedziała na łóżku.
- Gdzie byłaś? - zdziwiła się. Rudowłosa westchnęła.
- Pan Emok zrobił nam rano niespodziankę w postaci zemdlenia przed drzwiami. - mruknęła. Jej rozmówczyni roześmiała się.
- Że co? - spytała, nie wiedząc o co dokładnie chodziło.
- No to właśnie! Jean dobijał nam się do drzwi, chciał z tobą rozmawiać, niby przeprosić, a potem zwalił się na podłogę jak gdyby nigdy nic. Jego prawa ręka była jedną wielką raną. Nie obudziło cię to wszystko? - Destiny nie odpowiedziała, ponieważ tarzała się ze śmiechu po łóżku. - No nic. Wiesz co jest śmieszniejsze i lepsze? Ludzie ubzdurali sobie, że przeżyłam szok, więc dostałam zwolnienie z zajęć na dzisiaj. Poza tym, ktoś powinien ze mną zostać.
Śmiech współlokatorki Sary ucichł, uśmiechnęła się.
- Czyli mamy legalny dzień wolny? Super! To ja... idę spać. - walnęła się do łóżka, ale rudowłosa rzuciła w nią poduszką.
- Nie. Musisz mi pomóc. Jesteś tu dość długo. Jak można stąd uciec?
- Uciec? Chcesz uciekać?
- Tak. Chcę stąd kurna uciec. - westchnęła. - Wytrzymałam zaledwie kilka dni. Tak, jestem słaba. Ale mam już tego dość. Nie jestem jednym z wa.. - urwała, dokończyła dopiero po chwili - z nich.
Destiny zignorowała pomyłkę. Zastanowiła się.
- Cóż, główne drzwi otwarte są tylko w niedzielę. Wypuszczają nas do rodziny, jeśli po nas przyjdą. W oknach są kraty. Może dałoby się wyjść dachem, ale zanim się przebijesz przez dach to cię wezmą zamkną w tym normalnym oddziale. - oznajmiła.
- W niedzielę raczej nie wyjdziemy. Ale zaraz... w schowku jest wolne od krat okno.
- Ale w ostatnim boksie... - westchnęła blondynka.
- Boks Loviere. Chociaż po dzisiejszym wyczynie Jeana może być z tym problem. Wątpię, żeby zostawili tak to okno. Po co w ogóle dali je do boksu? - zdziwiła się Sara.
- Bo ten najstarszy z nich, Sam, jest zrównoważony. Emok nie jest samobójcą... - zauważyła jej współlokatorka. Ruda skinęła głową.
- Chodź, może zaniesiemy im to zwolnienie. - zaproponowała. Destiny przyznała jej racje. Wyszły z pokoju.
Destiny zignorowała pomyłkę. Zastanowiła się.
- Cóż, główne drzwi otwarte są tylko w niedzielę. Wypuszczają nas do rodziny, jeśli po nas przyjdą. W oknach są kraty. Może dałoby się wyjść dachem, ale zanim się przebijesz przez dach to cię wezmą zamkną w tym normalnym oddziale. - oznajmiła.
- W niedzielę raczej nie wyjdziemy. Ale zaraz... w schowku jest wolne od krat okno.
- Ale w ostatnim boksie... - westchnęła blondynka.
- Boks Loviere. Chociaż po dzisiejszym wyczynie Jeana może być z tym problem. Wątpię, żeby zostawili tak to okno. Po co w ogóle dali je do boksu? - zdziwiła się Sara.
- Bo ten najstarszy z nich, Sam, jest zrównoważony. Emok nie jest samobójcą... - zauważyła jej współlokatorka. Ruda skinęła głową.
- Chodź, może zaniesiemy im to zwolnienie. - zaproponowała. Destiny przyznała jej racje. Wyszły z pokoju.
***
Po oddaniu odpowiedniego dokumentu właściwej osobie, nie wróciły do pokoju. Sara chciała przejść się po całym psychiatryku, a przynajmniej po tej części, po której im pozwalały. Jej współlokatorka chodziła za nią, trochę od niechcenia, trochę z ciekawości. W czasie zajęć nikt raczej tutaj nie pilnował, nikt nie mógł więc zauważyć jak Rudowłosa sprawdza okna, drzwi, wszystkie dziury, kratki wentylacyjne. Zatrzymała się przy jednej z tych ostatnich.
- Hej, dałabym radę się tędy przecisnąć. Ty też. - zauważyła z uśmiechem. Destiny zmarszczyła brwi.
- Zły pomysł.- mruknęła. Zatrzymywały się co jakiś czas, Sara ciągle coś wymyślała, jednak druga dziewczyna odrzucała kolejne pomysły.
- To jest bez sensu, Saro. - westchnęła, za którymś już razem.
- Pomóż mi myśleć, a nie tylko narzekasz. - poprosiła tamta.
- Ech, Saro, daj sobie spokój. Stąd nie ma jak uciec.
- A ja wiem, że jest jak! Razem na pewno coś wymyślimy, Des. - Sara popatrzyła jej prosto w oczy, wzrokiem pełnym dziecięcej nadziei, wiary, prośby.
- Mamy jeszcze trochę czasu. Chodźmy na razie do pokoju.
- Niech ci będzie...
***
Minął dzień. Sara ciągle gadała o tej ucieczce, Destiny miała już tego nieco dość. Pod wieczór Ruda wyszła z pokoju. Mimo lekkiej niechęci skierowała się na oddział medyczny.
- Dzień dobry... Czy mogłabym zobaczyć się z Jeanem Loviere? - spytała nieśmiało jednej z pielęgniarek. Kobieta popatrzyła na nią i uśmiechnęła się.
- Nie powinnam cię wpuszczać, ale wyglądasz porządnie. Tylko nie długo. Chodź, zaprowadzę cię. - oznajmiła. Sara powlokła się za nią do jednej z sal. - Pewnie śpi, nie męcz go zbyt bardzo.
- Dobrze, proszę pani. - cicho wsunęła się do pokoju. Jean, z ręką w bandażach, rzeczywiście spał. Wyglądał dość dziwnie, przynajmniej dziewczynie tak się wydawało. Jakby nie był sobą. Łagodnie. Wręcz smutno. Popatrzyła na niego chwilę, zbierała się do wyjścia, kiedy się odezwał:
- Przyszłaś do mnie Ruda? Co się w ogóle stało? Jak tu trafiłem? - spytał cicho, zmęczonym głosem. Sara zatrzymała się w pół kroku, odwróciła, uśmiechnęła słabo.
- Przyszedłeś rano do naszego pokoju. Chciałeś rozmawiać z Destiny. - wróciła do jego łóżka. - Majaczyłeś coś, że chcesz ją przeprosić czy coś takiego. Chciałeś jej coś powiedzieć. Twoja ręka była jedną, wielką raną. Straciłeś bardzo dużo krwi, zemdlałeś mi pod nogami. - wyjaśniła. Skrzywił się.
- Chciałem przeprosić Nawiedzoną? Ciekawe co mi odwaliło. Chyba nie wziąłem leków. - westchnął.
- Niemniej jednak... jak się czujesz?
- Głowa mnie łupie. I to mocno. Ręki prawie nie czuje. - roześmiał się. - Chyba przestałem lubić ból. To denerwujące.
- Powinieneś odpocząć. Nie powinno mnie tu być. Zobaczymy się kiedy indziej, Jean. Dobranoc.
- Pa, Saro. Miło, że wpadłaś. - odpowiedział cicho i odprowadził ją wzrokiem. Sara wyszła.
- Przyszłaś do mnie Ruda? Co się w ogóle stało? Jak tu trafiłem? - spytał cicho, zmęczonym głosem. Sara zatrzymała się w pół kroku, odwróciła, uśmiechnęła słabo.
- Przyszedłeś rano do naszego pokoju. Chciałeś rozmawiać z Destiny. - wróciła do jego łóżka. - Majaczyłeś coś, że chcesz ją przeprosić czy coś takiego. Chciałeś jej coś powiedzieć. Twoja ręka była jedną, wielką raną. Straciłeś bardzo dużo krwi, zemdlałeś mi pod nogami. - wyjaśniła. Skrzywił się.
- Chciałem przeprosić Nawiedzoną? Ciekawe co mi odwaliło. Chyba nie wziąłem leków. - westchnął.
- Niemniej jednak... jak się czujesz?
- Głowa mnie łupie. I to mocno. Ręki prawie nie czuje. - roześmiał się. - Chyba przestałem lubić ból. To denerwujące.
- Powinieneś odpocząć. Nie powinno mnie tu być. Zobaczymy się kiedy indziej, Jean. Dobranoc.
- Pa, Saro. Miło, że wpadłaś. - odpowiedział cicho i odprowadził ją wzrokiem. Sara wyszła.
***
Dziwny, niewielki telefon, który znajdował się w każdej izolatce zadzwonił. Odebrała go Destiny, ale po chwili skinęła na współlokatorkę.
- Saro, twoja rodzina. - oznajmiła. Sara odebrała od niej słuchawkę.
- Tak?
- Cześć, Saro. - Głos jej matki odezwał się w telefonie.
- Cześć, co tam? - spytała.
- Mam mnóstwo roboty ostatnio. Tata również... Dlatego niestety nie możemy przyjść do ciebie w niedzielę. A jak ty się czujesz?
- Nie zdołacie? - Sara zadbała o to by w jej głosie był smutek. - Nie najgorzej...
- Przepraszam, kochanie. Ale przyjdzie Emmie. - poinformowała. Emmie była sąsiadką i przyjaciółką Sary. W sumie była to dość dobra perspektywa. Ona mogła pomóc im uciec.
- A może iść z nami też Destiny? To moja koleżanka stąd.
- Noo... dobrze. - głos kobiety był niepewny, ale zgodziła się. Oto była ich szansa.
-------------------------------------------------------------------
Wiem, że trochę długo, ale oto i jest kolejny rozdział.
Eutera do dzieła ;3
Pozdrawiam,
Syra
niedziela, 14 września 2014
Rozdział 5 - Oczami Destiny
Ostatnio miałam niepokojące wahania nastrojów. Raz było mi smutno, potem byłam zła, a na sam koniec wesoła. Gdybym chociaż potrafiła ukrywać emocje, ale nie, wszyscy to z pewnością dostrzegali i śmiali się pod nosami. To nie poprawiało mojej sytuacji, wręcz przeciwnie - pogarszało ją. Już i tak musiałam znosić poniżanie ze strony innych, co momentami nie było czymś prostym. Co jednak miałam zrobić? Albo będę silna i to przetrwam, albo co? Co się ze mną stanie jeśli przegram?
Musiałam wziąć się w garść i mocno ogarnąć. Sara na mnie liczyła, a Chris we mnie wierzył. Zawsze we mnie wierzył. Zawsze przy mnie był. Zawsze mi ufał. Zawsze mi pomagał. Zawsze... po prostu był. To on był moją siłą, tylko dzięki niemu się trzymałam... a raczej dla niego. Tyle mu zawdzięczałam, mimo iż dla niego nic nie zrobiłam. Ten fakt mnie bolał, bo nie wiedziałam jak mu się odwdzięczyć.
- Już brzuch mnie boli od tych proszków.
Podskoczyłam momentalnie. W progu stała Sara z kwaśną miną. Ubrana w obowiązkowy strój i w takiej pozycji wyglądała całkiem śmiesznie, a mój uśmieszek na pewno jej nie umknął. Skarciła mnie wzrokiem, ale nie przejęłam się tym.
- Już ci się znudziło, hm? - zagadnęłam.
Przewróciła oczami.
- W momencie kiedy tu przyjechałam.
Westchnęłam cicho. Początki tutaj były trudne nawet dla mnie. Momentami pałętało się więcej dusz niż na cmentarzu, co było okropne, ponieważ nie potrafiłam udawać, że ich nie widzę. Po dwóch latach męki wprowadzono nowe lekarstwa, które okazały się rewelacyjne - dzięki nim rzadko spotykałam duchy. Praktycznie w ogóle, znosiłam tylko obecność Christiana. Prawdziwe ukojenie.
- A właściwie to jak to jest spędzić tyle czasu w psychiatryku?
Zmrużyłam groźnie oczy i przyjrzałam się dokładnie Sarze. Widziałam ciekawość w jej bursztynowych oczach, niczym u małego dziecka, jednak została zastąpiona strachem. Chyba zrozumiała, że nie powinna zadawać takich pytań.
- Zastanów się: jak to jest wychować się wokół wariatów, którzy poniżają cię na każdym kroku?
Nastała chwila ciszy. Sara rzeczywiście zaczęła nad tym myśleć, co było widać w jej oczach. Stała nieruchomo przez dłuższy czas, a wzrok miała skierowany na mnie. Wyglądała jakby próbowała sobie wyobrazić mnie jako małą dziewczynkę, którą otaczają psychopaci.
Ja w tym czasie czekałam aż się odezwie. Byłam ciekawa jej reakcji, co powie na ten temat. Wyśmieje mnie? Zacznie mi współczuć? A może to najzwyczajniej zignoruje? Ostatnia opcja chyba była najlepsza. Nie musiałabym jej niczego tłumaczyć, a nie lubiłam powracać do wspomnień. To przeszłość, o której wolałabym zapomnieć.
- Przykro mi. - W końcu powiedziała.
Zagryzłam dolną wargę. Tej odpowiedzi się obawiałam. Schyliłam głowę i zaczęłam nerwowo bawić się włosami. Z niewiadomych powodów zabolało mnie to... Oczekiwałam czegoś innego. Nie współczucia.
- Nic nie rozumiesz... - Mruknęłam i wyszłam prędko z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
- Już ci się znudziło, hm? - zagadnęłam.
Przewróciła oczami.
- W momencie kiedy tu przyjechałam.
Westchnęłam cicho. Początki tutaj były trudne nawet dla mnie. Momentami pałętało się więcej dusz niż na cmentarzu, co było okropne, ponieważ nie potrafiłam udawać, że ich nie widzę. Po dwóch latach męki wprowadzono nowe lekarstwa, które okazały się rewelacyjne - dzięki nim rzadko spotykałam duchy. Praktycznie w ogóle, znosiłam tylko obecność Christiana. Prawdziwe ukojenie.
- A właściwie to jak to jest spędzić tyle czasu w psychiatryku?
Zmrużyłam groźnie oczy i przyjrzałam się dokładnie Sarze. Widziałam ciekawość w jej bursztynowych oczach, niczym u małego dziecka, jednak została zastąpiona strachem. Chyba zrozumiała, że nie powinna zadawać takich pytań.
- Zastanów się: jak to jest wychować się wokół wariatów, którzy poniżają cię na każdym kroku?
Nastała chwila ciszy. Sara rzeczywiście zaczęła nad tym myśleć, co było widać w jej oczach. Stała nieruchomo przez dłuższy czas, a wzrok miała skierowany na mnie. Wyglądała jakby próbowała sobie wyobrazić mnie jako małą dziewczynkę, którą otaczają psychopaci.
Ja w tym czasie czekałam aż się odezwie. Byłam ciekawa jej reakcji, co powie na ten temat. Wyśmieje mnie? Zacznie mi współczuć? A może to najzwyczajniej zignoruje? Ostatnia opcja chyba była najlepsza. Nie musiałabym jej niczego tłumaczyć, a nie lubiłam powracać do wspomnień. To przeszłość, o której wolałabym zapomnieć.
- Przykro mi. - W końcu powiedziała.
Zagryzłam dolną wargę. Tej odpowiedzi się obawiałam. Schyliłam głowę i zaczęłam nerwowo bawić się włosami. Z niewiadomych powodów zabolało mnie to... Oczekiwałam czegoś innego. Nie współczucia.
- Nic nie rozumiesz... - Mruknęłam i wyszłam prędko z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
~*~
- Momentami zachowujesz się jak dziecko.
- Momentami mam cię dość.
Kochałam Chrisa i kłamstwem było, że czasami nie chciałam go widzieć. Wręcz przeciwnie, czekałam tylko aż do mnie przyjdzie, bo tylko z nim można było normalnie porozmawiać. Najlepsze było to, że on dobrze o tym wiedział. Rozumiałam, że ma też swoje sprawy i nie może być przy mnie ciągle, jednak wydawało mi się to dziwne. Jakie zajęcie mógł mieć duch? Co takiego robił Christian gdy go nie było przy mnie? Mimo naszej więzi bałam się o to spytać. Bałam się odpowiedzi.
- To ja lepiej już pójdę.
Zatrzymałam się gwałtownie. Stałam zupełnie sama - nie licząc Chrisa - na środku korytarza. Duch szedł obok mnie, ale kiedy się zatrzymałam, to stanął przede mną.
- Wiesz, że tego nie chcę - powiedziałam.
Spojrzałam się w jego ciemne oczy. Tym razem nie dostrzegałam w nich rozbawionych ogników... to był głód. Głód, którego tak bardzo się bałam. Szczególnie jako dziecko. Ja byłam tylko małą dziewczynką, a on groźnym nastolatkiem, którego widziałam tylko ja. No i który mnie prześladował, jak to kiedyś myślałam.
- Wiesz, że tego nie zrobię.
Jak zawsze miał rację. Cały Chris.
Poczułam drobną łzę, która wymsknęła mi się spod oka. Ostatnio coraz częściej okazywałam swoje słabości, co nie do końca mi się podobało, ale nie miałam na to wpływu. Obtarłam ją koniuszkiem palca i pociągnęłam nosem. Zdecydowanie nie chciałam płakać.
- Muszę wziąć lekarstwa - ominęłam go i poszłam w stronę stołówki.
Nie zdążyłam zrobić pięciu kroków, a znowu się odezwał:
- Dzisiaj w nocy była pełnia.
Zatrzymałam się gwałtownie i uniosłam głowę do góry. Momentalnie zapomniałam o wszystkich innych sprawach, interesowała mnie tylko ta jedna rzecz. Odwróciłam się w stronę chłopaka i spytałam:
- On... N-nie żyje?
Odpowiedziało mi milczenie, co u Christiana było równoznaczne z potwierdzeniem moich słów. Złapałam się za serce i rozwarłam usta, ale w sumie nie wiedziałam co chcę powiedzieć.
- Ale jak to? Znaleźli go? Chyba tam nie leży?
Podszedł powoli w moją stronę i spojrzał się na mnie smutnym wzrokiem.
- Nad ranem przyjechała karetka. Policja dalej siedzi w jego pokoju i bada dowody.
Zagryzłam dolną wargę. Obawiałam się, że tak będzie... Ba, byłam tego pewna. Moje sny nigdy mnie nie zawodziły, ale w takich sytuacjach było to wprost dołujące. Dlaczego? Bo nic nie mogłam zrobić, byłam zupełnie bezradna, a na to nawet Christian nic by nie poradził. Chciałabym pomóc tym ludziom, zmienić coś, ale nie miałam zamiaru skończyć jako wróżka w telewizji. To by było jeszcze bardziej upokarzające.
- Eh, ale nie przejmuj się tym na razie. Weź proszki i odpocznij chwilę, dobrze? Później nad tym pomyślimy.
Przytaknęłam głową na znak zgody i odeszłam nic nie mówiąc. Próbowałam sobie przypomnieć moją wizję - zawsze pamiętałam tylko fragmenty, a w większości były one nieistotne. Szukałam szczegółów, na podstawie których mogłabym stwierdzić, co wtedy się stało. To nie mogło być zwykłe samobójstwo, coś mi w tym wszystkim nie pasowało.
- Momentami mam cię dość.
Kochałam Chrisa i kłamstwem było, że czasami nie chciałam go widzieć. Wręcz przeciwnie, czekałam tylko aż do mnie przyjdzie, bo tylko z nim można było normalnie porozmawiać. Najlepsze było to, że on dobrze o tym wiedział. Rozumiałam, że ma też swoje sprawy i nie może być przy mnie ciągle, jednak wydawało mi się to dziwne. Jakie zajęcie mógł mieć duch? Co takiego robił Christian gdy go nie było przy mnie? Mimo naszej więzi bałam się o to spytać. Bałam się odpowiedzi.
- To ja lepiej już pójdę.
Zatrzymałam się gwałtownie. Stałam zupełnie sama - nie licząc Chrisa - na środku korytarza. Duch szedł obok mnie, ale kiedy się zatrzymałam, to stanął przede mną.
- Wiesz, że tego nie chcę - powiedziałam.
Spojrzałam się w jego ciemne oczy. Tym razem nie dostrzegałam w nich rozbawionych ogników... to był głód. Głód, którego tak bardzo się bałam. Szczególnie jako dziecko. Ja byłam tylko małą dziewczynką, a on groźnym nastolatkiem, którego widziałam tylko ja. No i który mnie prześladował, jak to kiedyś myślałam.
- Wiesz, że tego nie zrobię.
Jak zawsze miał rację. Cały Chris.
Poczułam drobną łzę, która wymsknęła mi się spod oka. Ostatnio coraz częściej okazywałam swoje słabości, co nie do końca mi się podobało, ale nie miałam na to wpływu. Obtarłam ją koniuszkiem palca i pociągnęłam nosem. Zdecydowanie nie chciałam płakać.
- Muszę wziąć lekarstwa - ominęłam go i poszłam w stronę stołówki.
Nie zdążyłam zrobić pięciu kroków, a znowu się odezwał:
- Dzisiaj w nocy była pełnia.
Zatrzymałam się gwałtownie i uniosłam głowę do góry. Momentalnie zapomniałam o wszystkich innych sprawach, interesowała mnie tylko ta jedna rzecz. Odwróciłam się w stronę chłopaka i spytałam:
- On... N-nie żyje?
Odpowiedziało mi milczenie, co u Christiana było równoznaczne z potwierdzeniem moich słów. Złapałam się za serce i rozwarłam usta, ale w sumie nie wiedziałam co chcę powiedzieć.
- Ale jak to? Znaleźli go? Chyba tam nie leży?
Podszedł powoli w moją stronę i spojrzał się na mnie smutnym wzrokiem.
- Nad ranem przyjechała karetka. Policja dalej siedzi w jego pokoju i bada dowody.
Zagryzłam dolną wargę. Obawiałam się, że tak będzie... Ba, byłam tego pewna. Moje sny nigdy mnie nie zawodziły, ale w takich sytuacjach było to wprost dołujące. Dlaczego? Bo nic nie mogłam zrobić, byłam zupełnie bezradna, a na to nawet Christian nic by nie poradził. Chciałabym pomóc tym ludziom, zmienić coś, ale nie miałam zamiaru skończyć jako wróżka w telewizji. To by było jeszcze bardziej upokarzające.
- Eh, ale nie przejmuj się tym na razie. Weź proszki i odpocznij chwilę, dobrze? Później nad tym pomyślimy.
Przytaknęłam głową na znak zgody i odeszłam nic nie mówiąc. Próbowałam sobie przypomnieć moją wizję - zawsze pamiętałam tylko fragmenty, a w większości były one nieistotne. Szukałam szczegółów, na podstawie których mogłabym stwierdzić, co wtedy się stało. To nie mogło być zwykłe samobójstwo, coś mi w tym wszystkim nie pasowało.
~*~
- Ty chyba sobie ze mnie jaja robisz. - Powiedziałam, krzyżując ramiona.
Sara leżała na moim łóżku, bawiąc się kostką Rubika. Była na tyle skupiona na swoim zajęciu, że nawet na mnie nie spojrzała, a przez moment miałam wrażenie, że nawet niczego nie usłyszała. Odchrząknęłam znacząco, a gdy nawet na to nie zareagowała, to podeszłam i bez wahania ją zwaliłam. Krzyknęła wystraszona, rozglądając się za zabawką.
- Poważnie? Ja rozumiem, że to miejsce dla psycholi, ale bez przesady.
- Jaki masz znowu problem? - odparła współlokatorka, odgarniając rude włosy z twarzy.
Przez jedną sekundę uznałam, że potraktowałam Sarę zbyt ostro i chciałam ją przeprosić. Na szczęście trwało to ów sekundę, ponieważ nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.
- Nie narzekaj.
- Co ty, prochów nie wzięłaś?
Zatkało mnie. Sara miała rację. Kwestia minut, zaraz zaczęłaby boleć mnie głowa, a chwilę później zmęczone dusze nie dały by mi spokoju. Bez słowa wybiegłam z pokoju i ruszyłam do stołówki. Zastałam kilka pielęgniarek, które powoli wszystko sprzątały. Na mój widok spojrzały się pytająco.
- Zapomniałam wziąć lekarstw. - Oświadczyłam.
- Masz szczęście - powiedziała jedna blondynka. - Brakowało nam jednej osoby i już chciałyśmy jej szukać. Chodź tutaj.
Normalnie każdego zdziwiłoby to, że sama zgłaszam się po coś takiego, ale nie w moim przypadku. Z początku dziwne było, że tak chętnie je brałam, ale z czasem wszyscy się przyzwyczaili. To był jeden powód, dlaczego tak mi dokuczali. Nie rozumiałam tutejszych ludzi.
- Trzymaj - wyciągnęła do mnie rękę z tabletką i małym kubeczkiem z wodą.
Grzecznie wzięłam lekarstwo i je popiłam. Poczułam jak bicie mojego serca przyspiesza, jednak oddech pozostawał spokojny.
- Otwórz buzię. - Posłuchałam, a kobieta sprawdziła czy na pewno połknęłam proszek. - Ładnie. Jesteś wolna.
Oddaliłam się w stronę swojego pokoju. Może to przez ostatnie ograniczenia lekarstw byłam taka drażliwa? Nie potrafiłam tego stwierdzić, ale wolałam odstawić tę sprawę na bok i zająć się Sarą. To ona była głównym powodem moich myśli. Ta dziewczyna zrobiła na mnie wrażenie, jeśli mam być szczera. Martwił mnie jedynie fakt, że wydawała się słaba psychicznie, a tutaj trzeba mieć mocną głowę. Co ona tutaj w ogóle robiła? Betty bezpodstawnie wcisnęła ją do mojego pokoju i wydawała się być zadowolona z siebie.
Tym razem nie zdziwiło mnie, że Sara ponownie skupiona była na swojej zabawce. Momentami przypominała mi małe dziecko, które dopiero poznaje świat. Tak było i teraz - jej oczy promieniały, a dłonie niezgrabnie przekręcały kostkę, powoli poznając jej kształt. To było dziwne uczucie, tak patrząc na nią w ciszy, kiedy ona odkrywała nowe rzeczy.
- W każdej grupie przynajmniej jedna osoba jest wyznaczana na kozła ofiarnego - zaczęłam. - W tym przypadku to byłam ja. Wszyscy tutaj są psychiczni i tak naprawdę nie rozumieją, co robią. Ja jedyna rozumiem to wszystko, czyli jestem inna. Oni to zauważyli i wykorzystali przeciwko mnie. To wszystko.
- Nie wyglądasz na chorą. Masz swoje humorki, ale to normalne u ludzi. Za co tu siedzisz?
Usiadłam obok Sary, a ona w tym czasie odłożyła zabawkę na bok. Już wiedziałam, czemu wydawała mi się ciekawszą osobą od reszty. Była taka jak ja - zdrowa. A przynajmniej nic nie wskazywało, żeby była wariatką. Więc czemu tu siedziałyśmy, mimo iż nic nam nie było?
Bo ja widzę duchy, a to jest chore.
- Za swoją głupotę. Coś tak czuję, że ty też.
Sara schyliła głowę, krępując się odpowiedzi. Wstydziła się tego powodu - to już była jedna cecha, która nie pasowała do wariatów.
- Posłali mnie na badania i stwierdzili, że jestem chora. Jak tak teraz na to patrzę, to chyba rzeczywiście tak jest.
- Tutaj nikt nie jest chory - prychnęłam. - A przynajmniej każdy tak twierdzi.
- A twoim zdaniem powinnaś tu być?
Spojrzałam się przed siebie i zauważyłam Chrisa. Stał wyprostowany, ręce trzymając w kieszeniach spodni. Dostrzegałam czułość w jego oczach i lekkie zaniepokojenie. Doskonale wiedział, że miałam wątpliwości, czy przypadkiem nie jest tylko moim wymysłem i w rzeczywistości nie istnieje. Na jego miejscu czułabym to samo.
- Na to wygląda.
- Nie narzekaj.
- Co ty, prochów nie wzięłaś?
Zatkało mnie. Sara miała rację. Kwestia minut, zaraz zaczęłaby boleć mnie głowa, a chwilę później zmęczone dusze nie dały by mi spokoju. Bez słowa wybiegłam z pokoju i ruszyłam do stołówki. Zastałam kilka pielęgniarek, które powoli wszystko sprzątały. Na mój widok spojrzały się pytająco.
- Zapomniałam wziąć lekarstw. - Oświadczyłam.
- Masz szczęście - powiedziała jedna blondynka. - Brakowało nam jednej osoby i już chciałyśmy jej szukać. Chodź tutaj.
Normalnie każdego zdziwiłoby to, że sama zgłaszam się po coś takiego, ale nie w moim przypadku. Z początku dziwne było, że tak chętnie je brałam, ale z czasem wszyscy się przyzwyczaili. To był jeden powód, dlaczego tak mi dokuczali. Nie rozumiałam tutejszych ludzi.
- Trzymaj - wyciągnęła do mnie rękę z tabletką i małym kubeczkiem z wodą.
Grzecznie wzięłam lekarstwo i je popiłam. Poczułam jak bicie mojego serca przyspiesza, jednak oddech pozostawał spokojny.
- Otwórz buzię. - Posłuchałam, a kobieta sprawdziła czy na pewno połknęłam proszek. - Ładnie. Jesteś wolna.
Oddaliłam się w stronę swojego pokoju. Może to przez ostatnie ograniczenia lekarstw byłam taka drażliwa? Nie potrafiłam tego stwierdzić, ale wolałam odstawić tę sprawę na bok i zająć się Sarą. To ona była głównym powodem moich myśli. Ta dziewczyna zrobiła na mnie wrażenie, jeśli mam być szczera. Martwił mnie jedynie fakt, że wydawała się słaba psychicznie, a tutaj trzeba mieć mocną głowę. Co ona tutaj w ogóle robiła? Betty bezpodstawnie wcisnęła ją do mojego pokoju i wydawała się być zadowolona z siebie.
Tym razem nie zdziwiło mnie, że Sara ponownie skupiona była na swojej zabawce. Momentami przypominała mi małe dziecko, które dopiero poznaje świat. Tak było i teraz - jej oczy promieniały, a dłonie niezgrabnie przekręcały kostkę, powoli poznając jej kształt. To było dziwne uczucie, tak patrząc na nią w ciszy, kiedy ona odkrywała nowe rzeczy.
- W każdej grupie przynajmniej jedna osoba jest wyznaczana na kozła ofiarnego - zaczęłam. - W tym przypadku to byłam ja. Wszyscy tutaj są psychiczni i tak naprawdę nie rozumieją, co robią. Ja jedyna rozumiem to wszystko, czyli jestem inna. Oni to zauważyli i wykorzystali przeciwko mnie. To wszystko.
- Nie wyglądasz na chorą. Masz swoje humorki, ale to normalne u ludzi. Za co tu siedzisz?
Usiadłam obok Sary, a ona w tym czasie odłożyła zabawkę na bok. Już wiedziałam, czemu wydawała mi się ciekawszą osobą od reszty. Była taka jak ja - zdrowa. A przynajmniej nic nie wskazywało, żeby była wariatką. Więc czemu tu siedziałyśmy, mimo iż nic nam nie było?
Bo ja widzę duchy, a to jest chore.
- Za swoją głupotę. Coś tak czuję, że ty też.
Sara schyliła głowę, krępując się odpowiedzi. Wstydziła się tego powodu - to już była jedna cecha, która nie pasowała do wariatów.
- Posłali mnie na badania i stwierdzili, że jestem chora. Jak tak teraz na to patrzę, to chyba rzeczywiście tak jest.
- Tutaj nikt nie jest chory - prychnęłam. - A przynajmniej każdy tak twierdzi.
- A twoim zdaniem powinnaś tu być?
Spojrzałam się przed siebie i zauważyłam Chrisa. Stał wyprostowany, ręce trzymając w kieszeniach spodni. Dostrzegałam czułość w jego oczach i lekkie zaniepokojenie. Doskonale wiedział, że miałam wątpliwości, czy przypadkiem nie jest tylko moim wymysłem i w rzeczywistości nie istnieje. Na jego miejscu czułabym to samo.
- Na to wygląda.
środa, 19 lutego 2014
Rozdział 4 - Oczami Sary
Po kłótni z Destiny rudowłosa nie wróciła do reszty. Teraz, po wysłuchiwaniu wszystkiego co powiedzieli o sobie jej przyjaciel i współlokatorka, chciała pobyć chociaż chwilę sama. Pierwszym miejscem jakie przyszło jej do głowy był schowek. Jak podejrzewała, prócz zamkniętych w boksach rzeczy nie było tam nikogo. Wyjęła z kieszeni klucz, który dostała od Jeana, wyjęła z boksu gitarę i usiadła z tyłu pomieszczenia. Trąciła palcami struny, instrument wydał z siebie dźwięk, który chciała usłyszeć. Piosenka, którą chciała zagrać była jedną z trudniejszych jakie znała. Była w połowie refrenu kiedy drzwi pomieszczenia otworzyły się. Stał w nich Jean.
- Tak myślałem, że Cię tu znajdę. Co ci nagadała ta nawiedzona wiedźma? - spytał siadając obok Sary. Dziewczyna westchnęła.
- W połowie to samo co ty powiedziałeś o niej, Jean.- mruknęła.
- Dlatego właśnie, przyszłaś tu grać na gitarze. Łatwe. Sam tak często robię. Misguided Ghosts nie jest łatwe... jak długo grasz na gitarze?- zmienił temat Jean. Sara chętnie podjęła nową rozmowę, nie chcąc kontynuować poprzedniej.
- Zaczęłam mając jedenaście lat. Podpatrzyłam jak siostra gra i mi się spodobało.
- O. Masz siostrę?- zdziwił się chłopak. Rudowłosa spuściła wzrok.
- Miałam. Na imię miała Cher, ale wszyscy mówili jej Cherry. Była pięć lat starsza... uwielbiała wampiry, oglądała jakiś serial z wampirami i grała piosenki z tego serialu. Szła akurat na spotkanie fanów, kiedy potrąciło ją auto. Złamane żebro wbiło jej się w serce. Miałam wtedy dwanaście lat. Musiałam chodzić do psychologa, przez pół roku nie mogłam się pozbierać.- westchnęła. Jean chciał coś wtrącić, nie pozwoliła mu jednak.- Najgorsze jest to... że zginęła w dzień swoich urodzin. Był to dzień jej początku i końca. Zawsze wtedy w towarzystwie rodziny i jej przyjaciół gromadzimy się w jednym miejscu i gramy. Jej ulubioną piosenkę. W większości sama ja, czasem pomagała mi moja przyjaciółka Emi, ostatnio pomógł mi trochę jej były chłopak, Austin.
- Jaka to piosenka? - zainteresował się Jean. Sara zagrała kilka akordów i odpowiedziała:
- All I Need, Within Temptation.- powiedziała smutno, po czym spojrzała na gitarę. Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał chłopak.
- Też lubisz wampiry... prawda?- uniósł brwi i obdarzył ją pytającym spojrzeniem. Dziewczyna odłożyła gitarę. Zawahała się, lecz zdecydowała powiedzieć.
- Jean... może to zabrzmi dziwnie ale ja jestem wampirem.- mruknęła. Zamyślił się.
- A jesteś głodna? - spytał. Sara oburzyła się.
- Słucham?
- Jak już wspominałem - Jean uśmiechnął się ciepło - jestem masochistą. Lubię czuć ból, a jeśli tobie przynajmniej to jakoś pomoże, prawda? To podwójna korzyść.
- Jesteś okropny.- wzdrygnęła się. Westchnął i spojrzał jej w oczy.
- Jeśli jesteś wampirem, powinno być to dla ciebie normalne. Czy się mylę?
- Skończ już. Jean, proszę, skończ.- wycedziła przez zęby.
- Jak sobie życzysz, Saro. Ale gdybyś chciała...
- Skończ! - przerwała mu syknięciem, wstała i wyszła.
- Tak myślałem, że Cię tu znajdę. Co ci nagadała ta nawiedzona wiedźma? - spytał siadając obok Sary. Dziewczyna westchnęła.
- W połowie to samo co ty powiedziałeś o niej, Jean.- mruknęła.
- Dlatego właśnie, przyszłaś tu grać na gitarze. Łatwe. Sam tak często robię. Misguided Ghosts nie jest łatwe... jak długo grasz na gitarze?- zmienił temat Jean. Sara chętnie podjęła nową rozmowę, nie chcąc kontynuować poprzedniej.
- Zaczęłam mając jedenaście lat. Podpatrzyłam jak siostra gra i mi się spodobało.
- O. Masz siostrę?- zdziwił się chłopak. Rudowłosa spuściła wzrok.
- Miałam. Na imię miała Cher, ale wszyscy mówili jej Cherry. Była pięć lat starsza... uwielbiała wampiry, oglądała jakiś serial z wampirami i grała piosenki z tego serialu. Szła akurat na spotkanie fanów, kiedy potrąciło ją auto. Złamane żebro wbiło jej się w serce. Miałam wtedy dwanaście lat. Musiałam chodzić do psychologa, przez pół roku nie mogłam się pozbierać.- westchnęła. Jean chciał coś wtrącić, nie pozwoliła mu jednak.- Najgorsze jest to... że zginęła w dzień swoich urodzin. Był to dzień jej początku i końca. Zawsze wtedy w towarzystwie rodziny i jej przyjaciół gromadzimy się w jednym miejscu i gramy. Jej ulubioną piosenkę. W większości sama ja, czasem pomagała mi moja przyjaciółka Emi, ostatnio pomógł mi trochę jej były chłopak, Austin.
- Jaka to piosenka? - zainteresował się Jean. Sara zagrała kilka akordów i odpowiedziała:
- All I Need, Within Temptation.- powiedziała smutno, po czym spojrzała na gitarę. Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał chłopak.
- Też lubisz wampiry... prawda?- uniósł brwi i obdarzył ją pytającym spojrzeniem. Dziewczyna odłożyła gitarę. Zawahała się, lecz zdecydowała powiedzieć.
- Jean... może to zabrzmi dziwnie ale ja jestem wampirem.- mruknęła. Zamyślił się.
- A jesteś głodna? - spytał. Sara oburzyła się.
- Słucham?
- Jak już wspominałem - Jean uśmiechnął się ciepło - jestem masochistą. Lubię czuć ból, a jeśli tobie przynajmniej to jakoś pomoże, prawda? To podwójna korzyść.
- Jesteś okropny.- wzdrygnęła się. Westchnął i spojrzał jej w oczy.
- Jeśli jesteś wampirem, powinno być to dla ciebie normalne. Czy się mylę?
- Skończ już. Jean, proszę, skończ.- wycedziła przez zęby.
- Jak sobie życzysz, Saro. Ale gdybyś chciała...
- Skończ! - przerwała mu syknięciem, wstała i wyszła.
***
Nadeszła pora obiadowa. Sara usiadła sama, gdzieś na uboczu, po propozycji Jeana nie czuła się najlepiej.
- No proszę, proszę. Czyżbyś wzięła sobie do serca moje rady? - spytał rozbawiony, kobiecy głos. Destiny usiadła przy stoliku.
- Nie o to chodzi, ja tylko.. - Sara urwała, nie wiedząc co powiedzieć.
- Ty tylko...?- nie dawała jej spokoju współlokatorka.
- Chcę odpocząć od ludzi.- westchnęła w końcu.
- Rozumiem. Więc i ja idę.- wstała i chciała odejść ale Sara zatrzymała ją.
- Możesz zostać...
- Jaka łaska. Wiesz, ty najwidoczniej nie, ale ja mam lepsze rzeczy do roboty, niż udawanie, że jem.- prychnęła z uśmiechem i po raz kolejny chciała odejść.
- Destiny! Wierzysz, że wampiry istnieją?- spytała jeszcze Sara. Jej współlokatorka wzruszyła ramionami.
- A bo ja wiem... może istnieją, może nie. Jakoś mnie to nie obchodzi. Ja idę. Do zobaczenia, Saro. Powodzenia z gromadką. - odrzekła i odeszła. Sara westchnąwszy zostawiła obiad i wyszła ze stołówki.
***
Po południu odbyły się pierwsze zajęcia. Nazwani grupą C "pacjenci" psychiatryka siedzieli w sali w kole. Sara celowo usiadła daleko od Jeana. Kiedy zostały dwa ostatnie miejsca do salki weszła kobieta. Była średniego wzrostu, miała blond włosy upięte wysoko w kok i czarne okulary z grubymi oprawkami. Zajęła jedno miejsc, ściskając teczkę. Chwilę po niej weszła Destiny. Ostatnie miejsce było obok Sary, tamta jednak nie zraziła się tym. Wywołało to jednak nerwowe drgnięcie na twarzy Jeana. Rudowłosa zmarszczyła na to brwi, jej współlokatorka uśmiechnęła się nonszalancko. Kobieta z teczką odezwała się z uśmiechem.
- Dobrze, zacznijmy. Witam was serdecznie! Na imię mam Alexandra Malphie. Jestem waszą nową...- spojrzała niepewnie na teczkę - rehabilitantką. Proponuję, byśmy się na początku lekko poznali. Każdy po kolei wstanie, przedstawi się i powie na czym polega jego problem. Zacznijmy może tutaj.- kobieta popatrzyła na siedzącą po jej prawej stronie dziewczynę. Była ona drobnej budowy, miała krótkie czarne włosy. Wstała.
- Na imię mi Celeste.- oznajmiła cicho.- Trafiłam tutaj, ponieważ męczą mnie wróżki.
- Wróżki?- kobieta uniosła brwi i popatrzyła na nią przekrzywiając głowę. Celeste potaknęła.
- Wróżki, proszę pani. Małe, wredne, czarne wróżki. Są wszędzie na każdym kroku. Jedna z nich... - głos jej się załamał - jedna jest na pani ramieniu... proszę pani... proszę pani, ona panią zabije!- krzyknęła Celeste i uciekła chowając się za krzesłem jednego z chłopaków. Alexandra udała, że strzepuje coś z ramion a wśród grupy rozległ się cichy śmiech.
- Proszę, usiądź Celeste. Dobrze, idźmy dalej... Teraz ty. - wskazała na chłopaka siedzącego dalej.
- Na imię mam Martin.- wywołany wstał - Trafiłem tutaj, ponieważ jestem wilkołakiem. Podczas pełni tracę głowę, zmieniam się i nic z tego nie pamiętam. Prócz chwili przed przemianą...
- Rozumiem. Usiądź. - poprosiła. Obok Martina siedziała szatynka o niemal czarnych oczach.
- Raven. Trafiłam tu, ponieważ widzę ludzi takimi jakich są. Widzę czy są dobrzy czy źli.- mruknęła i usiadła nie czekając na odpowiedź psycholożki. Kolejne osoby przedstawiały się, Sara po raz kolejny przewróciła oczami. W myślach oceniała ich problemy i nabierała przekonania że trafiła do bandy świrów. Wróciła do rzeczywistości kiedy wstał Sam, brat Jeana. Melanie kołysała się na krześle obok jego pustego miejsca.
- Samuel. Nie rozumiem idei tych pieprzonych spotkań. Ci ludzie są normalni, a ja najnormalniejszy z nich. Nie mam żadnego problemu i nie będę tu siedział! - warknął i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Pani Malphie wstała ale Melanie podeszła do niej i powiedziała coś cicho. Sara nie próbowała nawet zrozumieć co takiego. Kobieta skinęła głową i poprosiła Melanie by usiadła, po czym sama zrobiła to samo. Melanie została pominięta, widocznie na jej prośbę. Kilka osób później przyszła kolej na Jeana. Wstał z szerokim, nonszalanckim uśmiechem i obdarzył spojrzeniem wszystkie dziewczyny a na końcu panią psycholog.
- Jean. Trafiłem tu z prostego powodu. Lubię czuć ból i zapach krwi. Swojej krwi. - uśmiechnął się jeszcze szerzej po czym demonstracyjnie podwinął rękawy ukazując liczne, zanikające już blizny. Usiadł nie opuszczając ich. Melanie prychnęła a siedzący obok Jeana chłopak przybił mu piątkę. Sara przewróciła oczami po raz kolejny. Strasznie lubi się popisywać... - pomyślała. Kolejne kilka osób się przedstawiło, nadeszła kolej Destiny. Dziewczyna wstała od niechcenia.
- Na imię mam Destiny. Każdy z nich doskonale mnie tu zna, proszę pani. Kolejne zajęcia, które wyglądają w ten sam sposób? Dla mnie to strata czasu. Mam ochotę zrobić to samo co zrobił Sam. Więc, za to, że tego jeszcze nie zrobiłam, powinnam dostać co najmniej "dobry" z zachowania, by nasza "wychowawczyni" była w końcu ze mnie dumna.- odezwała się uśmiechając lekko.
- Jaki jest twój problem, Destiny? - zignorowała jej prośbę Alexandra. Dziewczyna westchnęła.
- A po co wspominać o tym po raz kolejny?- odpowiedziała pytaniem.
- Ponieważ ja o to proszę.- odrzekła psycholożka.
- Żaden powód.- mruknęła pod nosem Destiny po czym dodała głośniej - Widzę duchy, pani Malphie. To tyle. - usiadła.
- No dobrze. Ostatnia dziewczynka.- wszystkie oczy spoczęły na Sarze. Przez chwilę miała ochotę się schować, w końcu jednak wstała i odrzuciła do tyłu swoje płomiennorude włosy. Kilka osób szepnęło coś do siebie.
- Na imię mam Sara. Trafiłam tu, bo jestem wampirem.- oznajmiła i usiadła.
- No dobrze. Trochę was poznałam. Zajęło nam to dłuższą chwilę ale jednak się nam udało. W drugiej części naszego dzisiejszego spotkania mieliśmy rozmawiać o waszych problemach i proponować rozwiązania ich. Zajmiemy się tym jednak może na następnych zajęciach. Dzisiaj, ponieważ jest już koniec zajęć proponuję pewne ćwiczenie. Każdy z was dostanie kartkę na której napisze coś, co według niego jest dobre i coś co według niego jest złe. Na następnych zajęciach przeczytamy je i dopasujemy do osób. Nie podpisujcie się, pamiętajcie jednak co napisaliście.- pani Malphie rozdała wszystkim karteczki. Sara spojrzała na swoją. Wzięła długopis i zastanowiła się. W polu "dobre": wpisała wolność a w polu "złe" wpisała pragnienie. Oddała kartkę i wyszła.
- Na imię mam Martin.- wywołany wstał - Trafiłem tutaj, ponieważ jestem wilkołakiem. Podczas pełni tracę głowę, zmieniam się i nic z tego nie pamiętam. Prócz chwili przed przemianą...
- Rozumiem. Usiądź. - poprosiła. Obok Martina siedziała szatynka o niemal czarnych oczach.
- Raven. Trafiłam tu, ponieważ widzę ludzi takimi jakich są. Widzę czy są dobrzy czy źli.- mruknęła i usiadła nie czekając na odpowiedź psycholożki. Kolejne osoby przedstawiały się, Sara po raz kolejny przewróciła oczami. W myślach oceniała ich problemy i nabierała przekonania że trafiła do bandy świrów. Wróciła do rzeczywistości kiedy wstał Sam, brat Jeana. Melanie kołysała się na krześle obok jego pustego miejsca.
- Samuel. Nie rozumiem idei tych pieprzonych spotkań. Ci ludzie są normalni, a ja najnormalniejszy z nich. Nie mam żadnego problemu i nie będę tu siedział! - warknął i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Pani Malphie wstała ale Melanie podeszła do niej i powiedziała coś cicho. Sara nie próbowała nawet zrozumieć co takiego. Kobieta skinęła głową i poprosiła Melanie by usiadła, po czym sama zrobiła to samo. Melanie została pominięta, widocznie na jej prośbę. Kilka osób później przyszła kolej na Jeana. Wstał z szerokim, nonszalanckim uśmiechem i obdarzył spojrzeniem wszystkie dziewczyny a na końcu panią psycholog.
- Jean. Trafiłem tu z prostego powodu. Lubię czuć ból i zapach krwi. Swojej krwi. - uśmiechnął się jeszcze szerzej po czym demonstracyjnie podwinął rękawy ukazując liczne, zanikające już blizny. Usiadł nie opuszczając ich. Melanie prychnęła a siedzący obok Jeana chłopak przybił mu piątkę. Sara przewróciła oczami po raz kolejny. Strasznie lubi się popisywać... - pomyślała. Kolejne kilka osób się przedstawiło, nadeszła kolej Destiny. Dziewczyna wstała od niechcenia.
- Na imię mam Destiny. Każdy z nich doskonale mnie tu zna, proszę pani. Kolejne zajęcia, które wyglądają w ten sam sposób? Dla mnie to strata czasu. Mam ochotę zrobić to samo co zrobił Sam. Więc, za to, że tego jeszcze nie zrobiłam, powinnam dostać co najmniej "dobry" z zachowania, by nasza "wychowawczyni" była w końcu ze mnie dumna.- odezwała się uśmiechając lekko.
- Jaki jest twój problem, Destiny? - zignorowała jej prośbę Alexandra. Dziewczyna westchnęła.
- A po co wspominać o tym po raz kolejny?- odpowiedziała pytaniem.
- Ponieważ ja o to proszę.- odrzekła psycholożka.
- Żaden powód.- mruknęła pod nosem Destiny po czym dodała głośniej - Widzę duchy, pani Malphie. To tyle. - usiadła.
- No dobrze. Ostatnia dziewczynka.- wszystkie oczy spoczęły na Sarze. Przez chwilę miała ochotę się schować, w końcu jednak wstała i odrzuciła do tyłu swoje płomiennorude włosy. Kilka osób szepnęło coś do siebie.
- Na imię mam Sara. Trafiłam tu, bo jestem wampirem.- oznajmiła i usiadła.
- No dobrze. Trochę was poznałam. Zajęło nam to dłuższą chwilę ale jednak się nam udało. W drugiej części naszego dzisiejszego spotkania mieliśmy rozmawiać o waszych problemach i proponować rozwiązania ich. Zajmiemy się tym jednak może na następnych zajęciach. Dzisiaj, ponieważ jest już koniec zajęć proponuję pewne ćwiczenie. Każdy z was dostanie kartkę na której napisze coś, co według niego jest dobre i coś co według niego jest złe. Na następnych zajęciach przeczytamy je i dopasujemy do osób. Nie podpisujcie się, pamiętajcie jednak co napisaliście.- pani Malphie rozdała wszystkim karteczki. Sara spojrzała na swoją. Wzięła długopis i zastanowiła się. W polu "dobre": wpisała wolność a w polu "złe" wpisała pragnienie. Oddała kartkę i wyszła.
***
Nastał wieczór. Sara leżała na łóżku w swoim pokoju, czytała jakąś książkę. Do pokoju weszła Destiny, niosąc jakąś bluzę. Powitała Sarę skinieniem głowy, po czym wzięła kosmetyczkę, piżamę i poszła pod prysznice. Kiedy wróciła owijając szczelnie ręcznikiem włosy, Sara odłożyła książkę.
- Po tych dzisiejszych zajęciach mam wrażenie, że jesteśmy wśród świrów, Destiny.- zaczęła rozmowę.
- Wiesz, ja już to wiedziałam od bardzo dawna. Poza tym, dzisiejsze zajęcia to tylko kółko zapoznawcze. Poczekaj na zajęcia z panną Buttlecar. Wtedy będziesz już miała tego psychiatryka stanowczo, stanowczo dość.- zaśmiała się jej współlokatorka.
- Już mam dość, Desta.- westchnęła ruda.
- Desta?- Destiny uniosła jedną brew i spojrzała na nią zdziwiona. Z ręcznikiem na głowie i taką miną wyglądała dość komicznie.
- Mogę tak do ciebie mówić? W szkole mieliśmy dziewczynę o imieniu Destiny i zawsze mówili do niej Desta.- wytłumaczyła Sara. Druga dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Rób jak chcesz.
- Na ciebie tak nie mówili w szkole?
- Ja nigdy nie chodziłam do szkoły. Całe moje życie spędziłam tutaj, Saro.
- Ach, no tak. Wybacz, zapomniałam.
- Mnie się nie przeprasza...
- Zapamiętam.
Zamilkły obie. Destiny rozwinęła ręcznik i zaczęła suszyć włosy a następnie je rozczesywać.
- Więc jak? - przerwała ciszę Sara. Jej współlokatorka zatrzymała się w połowie kosmyka.
- Więc co jak? - zdziwiła się.
- Uciekamy?
- Słucham?
- Czy stąd uciekamy?
- Jesteś świrem.
- Dlatego tu jestem. Destiny... - rudowłosa wstała i wyciągnęła do niej rękę - więc jak?
Destiny obrzuciła jej dłoń krytycznym spojrzeniem po czym uścisnęła ją. Uśmiechnęła się.
- Wchodzę w to.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej kochani! To ja, Syra. Po bardzo długim oczekiwaniu w końcu dodaję rozdział. Przepraszam za taką zwłokę, miałam pewne problemy zarówno z komputerem, jak i z weną i sytuacją ogólną. W końcu jednak się udało, ponieważ pod pretekstem nauki mogłam usiąść przy kompie i cóż - pisać. Nie mam niestety czasu by wyłapać wszystkie błędy więc jeśli jakieś znajdziecie - piszcie mi proszę to zmienię to w najbliższym możliwym czasie. Postaram się następny rozdział pisać krócej ;)
Do usłyszenia!
Pozdrawiam, Syra.
środa, 6 listopada 2013
Rozdział 3: Oczami Destiny
Śnieżnobiała suknia opadała mi fałdami do wilgotnej ziemi, a na samym dole była umazana w lekko przyschniętym już błocie. Czarna maska zakrywała moje oczy, ale czułam ostry wiatr, który owiewał moje ciało niczym niewidzialna tarcza. Na mojej skórze momentalnie wystąpiła gęsia skórka, a skrzeki mew zaczęły mnie doprowadzać do bólu głowy. Przygryzłam dolną wargę w niecierpliwości. Czekałam na coś, czułam, że stałam tu już wiele godzin, zmęczona, głodna i spragniona. Nie ruszyłam się jednak.
Nagły syk i jakby warkot wystraszyły mnie niesamowicie i spowodowały, że odwróciłam się momentalnie. W tym samym momencie coś na mnie się rzuciło, ale ja nie byłam w stanie spostrzec napastnika. Krzyknęłam, a przed moimi oczami zapadła ciemność.
~*~
Wyrwałam się ze snu, jak zwykle zresztą, w niecałą sekundę. Pot oblepiał moje ciało, więc zrzuciłam z siebie kołdrę, ale na zewnątrz było chłodno. Szybka zmiana temperatur spowodowała, że moim ciałem wstrząsnął nieprzyjemny dreszcz.
Przełknęłam głośno ślinę i obtarłam ręką spocone czoło. Rozejrzałam się po pokoju i zauważyłam, że w całym pomieszczeniu panuje ciemność. Trochę trwało zanim mój wzrok przyzwyczaił się do mroku. Niczego nie pamiętałam. Nie miałam nawet pojęcia, gdzie właściwie się znajduję. Naprzeciwko mnie, na szpitalnym łóżku, leżała dziewczyna o krwistoczerwonych włosach. Jej klatka piersiowa unosiła się spokojnie, a usta miała lekko rozwarte. To był znak, że smacznie śpi, a ja nie miałam zamiaru jej w tym przeszkadzać.
Dopiero po kilku minutach zaczęłam kojarzyć fakty. Przypomniałam sobie, że znajduję się w psychiatryku z powodu schizofrenii od dziecka. Ów postać leżąca przede mną była nową pacjentką, która z polecenia Betty została przydzielona do mojego pokoju. Pokręciłam głową z pogardą, a kilka niesfornych kosmyków opadło mi na twarz. To było chore. Wszystko było chore.
Skuliłam się, a brodę oparłam o kolana. Zawsze tak było. Budziłam się w środku nocy przez koszmar lub wizję - nie potrafiłam ich rozróżniać. To i to było tak samo rzeczywiste i prawdziwe. Nieraz śniłam o starożytnej wojnie, a następnie wstawałam z cienkimi kreskami na rękach, jakby były śladami po ostrych mieczach. Na samą myśl o tym poczułam ciarki na plecach. Moje wspomnienia stanowczo nie były przyjemne.
Jednak wizje były gorsze. Każda przewidywała czyjąś śmierć, nawet osób, których nigdy nie widziałam. Potrafiłam określić datę śmierci, ponieważ zawsze był pewien szczegół, który to określał. To kalendarz, innym razem godzina, czy cokolwiek innego. Zawsze coś było, wystarczyło się przyjrzeć.
Nagle mój wcześniejszy sen stanął mi przed oczyma niczym kawałek jakiegoś filmu. Czułam się, jakbym wdarła się w sam środek napiętego momentu, który decydował o losach fabuły. Na sam widok drobnej dziewczyny o złotych włosach, które jak duże fale opadały na łopatki, atakował mnie uścisk żołądka. Z wierzchu wydawałam się krucha jak skorupka, jednak w środku byłam twarda jak stal. Był to mój sposób przetrwania.
- O czym tak myślisz? - głęboki głos wyrwał mnie z letargu.
Uniosłam głowę i zobaczyłam Christana. Każda noc wyglądała tak samo. Koszmar, wybudzenie się, chwila namysłu, rozmowa z Chrisem, ponownie pójście spać. Było to monotonne zajęcie, sprawiało mi jedynie kłopot i było uciążliwe. Nie potrafiłam się wyspać.
- O niczym - odparłam. - Po prostu... Sama nie wiem. To, co zwykle, kolejna noc spędzona z wymyślonym duchem.
- Ekhem, wypraszam sobie! Jestem rzeczywisty. Dobra, może nie materialnie, ale jednak istnieję.
- Jasne. - Przewróciłam oczami.
Christian spojrzał się na mnie współczująco i westchnął ciężko.
- Wiesz co? Lepiej idź spać. Dobrze ci to zrobi.
I zniknął. Tak po prostu, bez pożegnania. Tak, jak lubił to robić.
~*~
- Zamknij się - rzuciłam w stronę Christana, a następnie uśmiechnęłam się w stronę przechodzącej pielęgniarki. Ona odpowiedziała tym samym gestem, jednak żal w jej oczach wskazywał na to, że słyszała moje słowa, tylko je zignorowała. Zapewne przyzwyczaiła się do wariatów.
- Nie muszę. Ludzie i tak mnie nie słyszą, zapomniałaś?
- Ale mnie denerwujesz, a mnie akurat wszyscy słyszą. Miałam ciężką noc. Jak każdą zresztą... - Przetarłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze.
- Dam ci radę: nie krzycz na mnie, to nikt nie będzie się na ciebie dziwnie patrzył. - Wyszczerzył się w moją stronę, a na widok mojego jadowitego wzroku jedynie się zaśmiał.
- Świetna rada, dziękuję - mruknęłam.
- Jestem zawsze chętny do pomocy.
Zignorowałam jego słowa i ruszyłam dalej. Trafiłam do salonu, gdzie spędzałam większość swojego czasu. Dostrzegłam Sarę, siedzącą samotnie przy jednym ze stolików z boku. Kiedy już chciałam do niej podejść to dosiadła się do niej dobrze znana mi grupka. Zawarczałam w duchu, a dłonie mimowolnie zacisnęły mi się w pięści.
Nagle Sara spojrzała się na mnie, jakby wyczuła, że przyszłam. Uśmiechnęła się lekko, a siedzący obok niej Jean to zauważył i również uniósł wzrok. Na mój widok mina od razu mu zrzedła. Kąciki ust uniosły mi się złośliwie w jego stronę, a na zaskoczenie Sary odpowiedziałam mrugnięciem jednym okiem.
Uznałam, że zostawię ją z nowymi znajomymi. Prawie się zawróciłam, ale powstrzymał mnie Christian.
- Żartujesz sobie? - prychnął. - Zostawisz tę dziewczynę z nimi? Jest nowa, nie do końca jeszcze wszystko rozumie. Jeśli z nimi zostanie to będzie taka sama. Wiem, że tego nie chcesz.
Zamarłam. Dopiero po kilku sekundach dotarł do mnie sens jego słów. Twierdził, że zależało mi na Sarze, mimo iż jej nie znałam. Miał jednak rację. Czułam dziwną więź do tej dziewczyny, a tym bardziej, że wyglądała na zdezorientowaną. Z pewnością nie miała pojęcia, gdzie się podziać, a najwidoczniej nie spodziewała się po mnie wsparcia. Ten fakt zabolał mnie trochę, ale szybko zgoniłam się w myślach. Nie mogłam tak się zachowywać, to było do mnie niepodobne.
Coś jednak zmusiło mnie do podejścia do niej. Jakaś niewidzialna siła, zupełnie jakby Christian popychał mnie w ich stronę. Szłam pewnie i z obojętnością, ale w środku chwiałam się, jakbym była pijana.
- Hej - zagadnęłam.
- Na razie. - Mruknął Jean.
- Jakie to oryginalne. - Odparł Christian.
Jego uwaga dodała mi otuchy. Westchnęłam ciężko i założyłam ręce na piersi. Bądź odważna, zachowuj się jak zwykle. Nie pozwól tak się lekceważyć.
- Widzę, że się nie nudzisz. Muszę ci jednak przerwać tę przyjemność - zerknęłam na chłopaka.
- Samym swoim byciem tutaj już to robisz.
Kłębiąca się we mnie złość powoli przejmowała nade mną kontrolę. Ostatnio byłam strasznie nerwowa i byle obelga powodowała u mnie negatywne emocje i natłok myśli.
- Cieszę się, że tak łatwo zepsuć ci dobrą zabawę. Postanowię wykorzystywać to częściej.
- Ej, spokojnie. - Zareagowała Sara.
- Pewnie. A teraz podnoś się, ponieważ Betty nie lubi, kiedy ktoś się spóźnia.
- Boisz się Betty? - spytała drwiąco Alice.
- Jasne. W końcu jej dotychczasowe starania uprzykrzania mi życia zrobiły na mnie jakiekolwiek wrażenie.
Nienawidziłam ich. Ta cała gromadka, z którą ostatnio zaczęła zadawać się Sara, nie była najlepszym towarzystwem. Szczególnie dla niej. Z daleka było widać, że do nich nie pasuje. Taka nieśmiała nastolatka jak ona nie nadawała się do kpiącej z innych ludzi idiotów.
- Nie słuchaj się jej. Próbuje cię wystraszyć. - Zwrócił się Jean do Sary.
- Zamknij się - syknęłam.
- Wal się, do niej mówiłem. Co, może jeszcze naślesz na mnie te swoje duszki?
Nachyliłam się do niego i ręce oparłam o stolik. Poczułam jak drży lekko pod moimi dłońmi, a światła na sali zaczęły migać. Czułam przepełniającą mnie złość, jakby kłębiącą się wiele lat, wyczekującą tego momentu - wolności. Chciałam dać jej uciec, jednak rozsądek nie pozwalał mi na taki odważny ruch. Wiedziałam, że podświadomie tego pragnęłam.
- Opanuj się - rzekł spokojnie Christian. - Nie przejmuj się nim. Spokojnie. Musisz powstrzymać te emocje.
Czasami w moim życiu zdarzały się takie chwile jak ta. Chris zawsze mi powtarzał, że jestem wyjątkowa i posiadam dar, tylko że nie wiedział jaki. Działo się to tak: nagle robiłam się niesamowicie wkurzona, a moce przejmowały nade mną kontrolę. Gasł prąd, ławka się łamała, podłoga się trzęsła. Nie liczyłam tego, ale pamiętam całkiem sporo takich zdarzeń.
Zazwyczaj niesamowicie trudno było powstrzymać chęć uwolnienia złości. Tym razem poszło mi to zadziwiająco szybko, zupełnie jakbym to ja miałam nad tym kontrolę.
- Widzisz? Bardzo dobrze ci poszło. Robisz postępy.
Przyjęłam ten komplement jako przyjacielski gest. Miło mi się zrobiło na te słowa, jednak nie mogłam zapomnieć, gdzie się znajduję i co się właśnie stało.
- Serio porąbało cię do reszty. - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Jeana.
- Mam to powtórzyć? - spytałam odważnie i uśmiechnęłam się przy tym. To byłam cała ja: chamska, złośliwa, jakby bez uczuć. Nic nie mogło tego zmienić, a ja dobrze się z tym czułam.
- Ekhem, możemy na sekundkę? - Sara zdecydowanie była w ciężkim szoku.
- Pewnie - podniosłam się i wyprostowałam - W końcu po to tu przyszłam.
Wstała z ławki i pospiesznie odciągnęła mnie na bok. Spojrzała się na mnie dużymi złotymi oczami pełnymi zaciekawienia, ale i strachu. W tym momencie przypominała mi dziecko, chcące się dowiedzieć, czy dostanie upragnionego lizaka.
- Nareszcie. Myślałam już, że wolisz tego emo ode mnie. Chciałam się pociąć z tego powodu, wiesz? - odparłam.
- Haha, bardzo śmieszne. Teraz możesz mi łaskawie wytłumaczyć, co to miało być, do diabła?
- To? A nic, zwykła rozmowa między mną a Jeanem. Coś w tym złego?
- Nie, coś ty. - Prychnęła.
- Możemy skończyć ten temat? Nie o tym chcę z tobą gadać.
- Tak, tak, Betty mnie woła. Słyszałam.
- Jasne. - Przewróciłam oczami. - Chodź. - Pociągnęłam ją za rękę w stronę drzwi.
Poszła za mną posłusznie, ale zatrzymała się gwałtownie w progu. Odwróciłam się i spostrzegłam, że jej wzrok jest przykuty w stronę jedynego starszego pacjenta tutaj - George. Ten emeryt liczył sobie siedemdziesiąt lat, jednak wyglądał na więcej. Sama dałabym mu coś koło osiemdziesięciu. W porównaniu do reszty na obowiązkowy strój miał nałożony dodatkowo ciemnoniebieski szlafrok, a nudne buty zastąpiono ciepłymi kapciami w kolorze bieli. Było tak ze względu na podeszły wiek mężczyzny i stan w jakim się znajdował, czyli nienajlepszy. Nie wiedziałam na co był chory, to pozostawało zagadką dla wszystkich. Uznali to za nieodkrytą chorobę, na którą nie działają żadne leki. Na samą myśl o tym przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
- Kto to? - spytała się mnie Sara.
- George. Jest jak roślina. Zanoszą go do łóżka, sam nie chodzi, nie je, potrafi jedynie leżeć i siedzieć. Tak jak teraz. Nigdy się nie odzywa.
- Jednak czyta. - Stwierdziła.
- Jest na tej samej stronie od czterdziestu lat.
Dostrzegłam jej zarumienione policzki, ale zdusiłam śmiech i odwróciłam się pospiesznie. Wyciągnęłam ją na korytarz, gdzie nikt nie mógł nas usłyszeć, a następnie westchnęłam ciężko.
- Widzę, że masz powodzenie, co? - zagadnęłam obowiązkowym złośliwym uśmieszkiem.
- O czym ty gadasz? - uniosła brwi.
- Nie udawaj głupiej. Jean nie zwraca na byle kogo uwagi, a jeżeli już to oczekuje posłuszeństwa. Dlatego niezbyt za sobą przepadamy.
Sara była nowa i rzucało to się w oczy. Nie miała pojęcia kto tutaj jest tym złym, czy dobrym. Próbowała wtopić się w tło, aby już nikt nie zwracał na niej takiej uwagi, jednak nie przysiadła do właściwego stolika. Teraz z pewnością będzie głównym tematem plotek starych pielęgniarek.
- Co cię to obchodzi? Usiadłam z nim i nie powinno cię to interesować. Weź, spadaj... - Sara nie ukrywała złości, ale byłam zbyt uparta, aby pozwolić jej odejść. Zagrodziłam jej drogę, a wyraz jej twarzy był zabójczy.
- Uważaj na słowa, moja droga. Nie chcesz mojej pomocy? Zobaczymy co powiesz za kilka dni, a może nawet szybciej. - Objęłam ją wzrokiem od góry do dołu. - Jesteś słaba, to widać z daleka. Taka kruszynka jak ty sobie tu nie poradzi.
Dostrzegłam w jej oczach cień zawahania. Domyśliłam się, że moje słowa ją wystraszyły, to było jednak dla jej dobra. Kontynuowałam dalej:
- Do tego jesteś w pokoju ze mną. Miło będzie mieć przy sobie przydupasa Jeana, może kilka dni ze mną ci wystarczy, abyś zauważyła swój błąd...
- Zamknij się. - Syknęła. - Myślisz, że się ciebie boję?
Ledwo powstrzymałam się od śmiechu. Zabrzmiało to jak cytat z jakiegoś słabego filmu akcji. Zerknęłam w bok, aby sprawdzić czy Christian przypatruje się całej sytuacji. Tak jak się spodziewałam, stał jakieś dziesięć metrów od nas i nonszalancko opierał się o ścianę z łobuzerskim uśmieszkiem. Odpowiedziałam mu lekkim uniesieniem kącików ust, tak aby nie dostrzegła tego Sara. Mrugnął do mnie, a ja westchnęłam ciężko.
Miałam tego dość. Nagle poczułam się zmęczona, jakby po kilkugodzinnym maratonie. Był to jednak wysiłek psychiczny, ponieważ fizycznie czułam się świetnie. Natomiast w rzeczywistości nie potrafiłam już logicznie myśleć. Czułam nadmiar wszystkiego, niespodziewanie zapragnęłam samotności. Po prostu, żeby posiedzieć, pogadać do siebie, bez Chrisa. Brakowało mi prywatności.
- Wiesz co? Skończmy ten temat. Pewnie, leć sobie do Jeana i jego gromadki, a mi pozwól rozkoszować się swoją samotnością we własnym pokoju. Wróć późno, a nawet w ogóle, jasne?
Nawet nie czekałam na odpowiedź, tylko od razu skierowałam się w stronę izolatek. Szłam szybkim krokiem, nie zwracając uwagi na drepczącego za mną Christana. W końcu doszłam do znajomych drzwi i weszłam do środka, zamykając je za sobą. Rzuciłam się na swoje łóżko twarzą w poduszkę i wybuchnęłam płaczem.
Szlochałam długo, jakby wyrzucając z siebie wszystkie smutki, problemy, wątpliwości. Po jakiejś godzinie bezsensownego wylewania łez usiadłam, przyciskając do siebie nogi. Oparłam brodę o kolana i wpatrywałam się w ścianę. Płacz był do mnie niepodobny. Nie pasował do mojej postawy, lekceważenia wszystkiego. Dzisiaj jednak brakowało mi sił.
Czyżby to słowa Sary tak na mnie podziałały? Że woli Jeana ode mnie? Nie powiedziała mi tego prosto w oczy, ale można było się domyślić. Zagryzłam mocno dolną wargę. Powinnam iść na śniadanie i wziąć lekarstwa. Po takim czasie ich zażywania uzależniłam się. Sarę też to czekało. Należało brać je trzy razy dziennie i w odpowiednich dawkach. Było to zajęcie niezwykle kontrolowane, ponieważ każdego pacjenta, który wziął swoją dawkę, spisywano na listę.
Wszyscy zazwyczaj bez problemu spożywali proszki. Człowiek szybko się do nich przyzwyczajał, dlatego lekarze nie mogli narzekać na niechęć wobec nich. Czasami tak się działo, jednak u osób nowych, które nie mogły pogodzić się ze swoją chorobą bądź mieli coś powalonego w głowie i lekarstwa kojarzyli sobie ze złem ostatecznym.
Ja musiałam brać leki. Robiłam to nawet z własnej woli. Powodem tego był fakt, iż bez nich wariowałam, ale w sensie dosłownym. Proszki odganiały ode mnie zagubione dusze, jakby mnie unikały. Z pewnością widziałam ich sporo mniej. Jeśli jednak nie spożywałam ich to wokół mnie momentalnie zbierało się mnóstwo duchów.
- Co cię to obchodzi? Usiadłam z nim i nie powinno cię to interesować. Weź, spadaj... - Sara nie ukrywała złości, ale byłam zbyt uparta, aby pozwolić jej odejść. Zagrodziłam jej drogę, a wyraz jej twarzy był zabójczy.
- Uważaj na słowa, moja droga. Nie chcesz mojej pomocy? Zobaczymy co powiesz za kilka dni, a może nawet szybciej. - Objęłam ją wzrokiem od góry do dołu. - Jesteś słaba, to widać z daleka. Taka kruszynka jak ty sobie tu nie poradzi.
Dostrzegłam w jej oczach cień zawahania. Domyśliłam się, że moje słowa ją wystraszyły, to było jednak dla jej dobra. Kontynuowałam dalej:
- Do tego jesteś w pokoju ze mną. Miło będzie mieć przy sobie przydupasa Jeana, może kilka dni ze mną ci wystarczy, abyś zauważyła swój błąd...
- Zamknij się. - Syknęła. - Myślisz, że się ciebie boję?
Ledwo powstrzymałam się od śmiechu. Zabrzmiało to jak cytat z jakiegoś słabego filmu akcji. Zerknęłam w bok, aby sprawdzić czy Christian przypatruje się całej sytuacji. Tak jak się spodziewałam, stał jakieś dziesięć metrów od nas i nonszalancko opierał się o ścianę z łobuzerskim uśmieszkiem. Odpowiedziałam mu lekkim uniesieniem kącików ust, tak aby nie dostrzegła tego Sara. Mrugnął do mnie, a ja westchnęłam ciężko.
Miałam tego dość. Nagle poczułam się zmęczona, jakby po kilkugodzinnym maratonie. Był to jednak wysiłek psychiczny, ponieważ fizycznie czułam się świetnie. Natomiast w rzeczywistości nie potrafiłam już logicznie myśleć. Czułam nadmiar wszystkiego, niespodziewanie zapragnęłam samotności. Po prostu, żeby posiedzieć, pogadać do siebie, bez Chrisa. Brakowało mi prywatności.
- Wiesz co? Skończmy ten temat. Pewnie, leć sobie do Jeana i jego gromadki, a mi pozwól rozkoszować się swoją samotnością we własnym pokoju. Wróć późno, a nawet w ogóle, jasne?
Nawet nie czekałam na odpowiedź, tylko od razu skierowałam się w stronę izolatek. Szłam szybkim krokiem, nie zwracając uwagi na drepczącego za mną Christana. W końcu doszłam do znajomych drzwi i weszłam do środka, zamykając je za sobą. Rzuciłam się na swoje łóżko twarzą w poduszkę i wybuchnęłam płaczem.
Szlochałam długo, jakby wyrzucając z siebie wszystkie smutki, problemy, wątpliwości. Po jakiejś godzinie bezsensownego wylewania łez usiadłam, przyciskając do siebie nogi. Oparłam brodę o kolana i wpatrywałam się w ścianę. Płacz był do mnie niepodobny. Nie pasował do mojej postawy, lekceważenia wszystkiego. Dzisiaj jednak brakowało mi sił.
Czyżby to słowa Sary tak na mnie podziałały? Że woli Jeana ode mnie? Nie powiedziała mi tego prosto w oczy, ale można było się domyślić. Zagryzłam mocno dolną wargę. Powinnam iść na śniadanie i wziąć lekarstwa. Po takim czasie ich zażywania uzależniłam się. Sarę też to czekało. Należało brać je trzy razy dziennie i w odpowiednich dawkach. Było to zajęcie niezwykle kontrolowane, ponieważ każdego pacjenta, który wziął swoją dawkę, spisywano na listę.
Wszyscy zazwyczaj bez problemu spożywali proszki. Człowiek szybko się do nich przyzwyczajał, dlatego lekarze nie mogli narzekać na niechęć wobec nich. Czasami tak się działo, jednak u osób nowych, które nie mogły pogodzić się ze swoją chorobą bądź mieli coś powalonego w głowie i lekarstwa kojarzyli sobie ze złem ostatecznym.
Ja musiałam brać leki. Robiłam to nawet z własnej woli. Powodem tego był fakt, iż bez nich wariowałam, ale w sensie dosłownym. Proszki odganiały ode mnie zagubione dusze, jakby mnie unikały. Z pewnością widziałam ich sporo mniej. Jeśli jednak nie spożywałam ich to wokół mnie momentalnie zbierało się mnóstwo duchów.
Wstałam z łóżka, mimo że nogi miałam jak z waty. Nagle poczułam na całym ciele ostre ukuća zimna, a moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Westchnęłam głośno i potarłam zmarznięte ramiona. Ruszyłam wolnym krokiem w stronę wyjścia. Na korytarzu panowała niepokojąca cisza. Szłam przed siebie aż doszłam do damskich toalet. Pchnęłam mocno drzwi i schowałam się w środku. Tutaj także nikogo nie było. Nie podobało mi się to.
Stanęłam przed ogromnym lustrem i zobaczyłam w nim dziewczynę. Blond włosy kaskadami opadały jej na łopatki niczym fale. Śnieżnobiałe policzki kontrastowały się z malinowymi ustami i ciemnozielonymi oczami. Wyglądałam jak normalna nastolatka, na pierwszy rzut oka nie przypominałam wariatki. W tym momencie jednak się tak czułam. Zaczęła mnie boleć głowa. Jęknęłam cicho i potarłam czoło, ale to nic nie pomogło. Odkręciłam kran i nabrałam wody na dłonie. Chlusnęłam sobie lodowatą wodą w twarz i zaczęłam dyszeć ciężko.
Tysiące głosów wdarło się do mojej głowy, a ja odruchowo krzyknęłam cicho. Poczułam łzy w oczach, a jedna drobna kropelka spłynęła po policzku i kapnęła na ziemię. Usłyszałam jak upada niesamowicie głośno. Skuliłam się. Wokół mnie zaczęły pojawiać się dusze. Każda miała nieprzyjemną aurę i odrażający wygląd. Czułam ich smród i miałam wrażenie, że po moim ciele spływa krew. Zagryzłam dolną wargę i ledwo powstrzymałam się od płaczu.
Nagle wszystko ucichło. Zrobiło się cieplej, a ja poczułam jak ktoś mnie przytula. Znajomy głos szeptał mi do ucha, że wszystko będzie dobrze. Nim spostrzegłam tę osobę to pogrążyłam się w głębokim śnie.
________________
Witam po dłuższym czasie. Ja wraz z Syrą obecnie posiadamy wenę, więc postaramy się dodawać rozdziały w miarę często. Kolejny powinien ukazazać się niedługo.^^
Pozdraaawiam. ;3
czwartek, 26 września 2013
Rozdział 2: Oczami Sary
Noc minęła jej prawie bez snów. Wydawało jej się że ktoś w nocy krzyczał, Sara uznała to za jedyny jej sen. Obudził ją głos Destiny która krzyknęła cicho. Sara poruszyła się.
- Cicho, budzi się.- warknęła szybko jej współlokatorka. Sara otworzyła oczy, zobaczyła jednak tylko Destiny. Nikogo do kogo mogłaby mówić.
- Dzień dobry... Coś się stało?- spytała rudowłosa unosząc brwi. Destiny zmarszczyła czoło i pokręciła głową.
- Co by się miało stać? - odpowiedziała pytaniem.
- Nie krzyczałaś?
- Nie. Musiało ci się coś przyśnić, młoda.- mruknęła jeszcze Destiny i wyszła. Sara została sama. Westchnęła po czym chwyciła strój, który mieli tu nosić. Składał się on z białych, prostych spodni i koszuli tego samego koloru. Dostali nawet buty, również białe. Może jeszcze każą nam nosić kaftany? - przemknęło dziewczynie przez myśl. Nie zamierzała jednak się nad tym rozwodzić, ubrała się i porządnie rozczesała swoje rude loki. Przypominały teraz ogień, rozlewający się na jej plecach, co zawsze ją cieszyło. Stwierdziła, że wygląda wystarczająco dobrze by móc wyjść z pokoju, zrobiła to więc i zeszła do salonu. Było wcześnie, siedziało tam tylko kilka osób. Nie było Destiny, był za to chłopak, którego widziała po swoim przyjeździe. Pod oczami miał cienie a biały strój bardzo kontrastował z kolorem włosów, sięgających prawie ramion, tak, że kontrast ten był bardzo widoczny. Siedział na kanapie, do jego ramienia przytulała się dwunastolatka o złotych oczach. Obok nich siedziały jeszcze dwie dziewczyny - blondynka o brązowych oczach, bez przerwy coś mówiąca i brunetka z fioletowymi pasemkami, milcząca, o znudzonym wyrazie twarzy. Ta druga miała dłonie w bandażach. Kiedy zobaczyły Sarę blondynka przestała gadać i pomachała do niej z uśmiechem.
- Chodź do nas, Saro- zawołała. Nie mając innego pomysłu rudowłosa podeszła do nich korzystając z zaproszenia. Brunet mruknął coś do uczepionej jego ramienia dziewczynki i posunęli się robiąc jej miejsce. Usiadła uśmiechając się lekko. Blondynka od razu się odezwała.
- Cześć. Mam na imię Alice. To jest Anders, naprawdę ma na imię Sheila. Ona zawsze była taka milcząca, nie martw się. Ten tu, - wskazała na chłopaka - to Jean. Wzdycha do niego połowa dziewczyn z psychiatryka.- zaśmiała się. Sara z grzeczności również to zrobiła.
- Alice. Zapomniałaś o kimś.- mruknął chłopak.- To moja siostra, Melanie. Alice, bardzo często o niej zapomina.- stwierdził wskazując na dziewczynkę.
- Miło mi was poznać. - przywitała się Sara po czym spytała - Przepraszam, gdzie tu można coś zjeść? Bo zjadłabym cokolwiek.
- Mogę cię zaprowadzić.- oznajmił Jean po czym przebiegł wzrokiem po pokoju. Zatrzymał go na chłopaku, podobnym do niego, tylko nieco wyższym i o oczach złotych jak Melanie. Miał on również dłuższe włosy.- Melanie, idź do Sama.- szepnął chłopak do siostry. Dziewczynka skinęła głową i poszła. Tamten wziął ją na kolana i przytulił. Jean tymczasem skinął na Sarę. Poszła za nim.
- Alice to idiotka.- mruknął. - Anders mówiła, że nasza droga blondyneczka nie wierzy w to, że Melanie jest moją siostrą i ciągle ją pomija, bo jest zazdrosna. Chore no nie? Jest zazdrosna o dwunastolatkę. Alice trafiła tu po wypadku, według ludzi ma dziwne, łagodne zaburzenia myślenia. A ja twierdzę że jest po prostu głupia i to wszystko. Za to Anders jest bardzo inteligentna. Jej wadą jest to, dlaczego tu trafiła. Wydaje jej się że widzi duchy. Ja trafiłem tu z prostych powodów. Jestem masochistą, lubię zadawać sobie ból. Melanie ma czasem coś takiego, że przestawia jej się coś w umyśle i zachowuje się jak czterolatka. Dlatego zazwyczaj jest ze mną lub z Samem. Sam jest naszym starszym bratem, szczerze mówiąc nie powinno go tu być, ale nie chciał nas zostawić. Nasi rodzice i siostra, bliźniaczka Sama, zginęli w wypadku trzy lata temu. Z tamtego wypadku tylko Melanie wyszła z życiem. Mają wspólny pokój, ona i Sam, bo nasza siostra potrzebuje stałej opieki. A jak ty tu trafiłaś, Saro?- zakończył historię pytaniem do niej. Dziewczyna zawahała się.
- Wolałabym o tym nie mówić... dobrze?- rzekła powoli, nie będąc pewna czy chce zdradzać mu powód swojego przejścia do psychiatryka. Chłopak skinął głową.
- Nie ma problemu, nie będę cię zmuszał, pytam z czystej ciekawości. To tutaj, stołówka. - stanęli przed białymi, podwójnymi drzwiami. Nad nimi widniał napis "jadalnia". Jean chciał wracać ale Sara zatrzymała go.
- Jadłeś już? - Spytała. Pokręcił głową.- Zjedz ze mną. - poprosiła uśmiechając się lekko, zachęcająco. Zawahał się, ale skinął głową, a kąciki jego ust wykrzywiły się nieco w naprawdę lekkim uśmiechu, trwało to dokładnie sekundę.
- W sumie do wyboru mam śniadanie z tą trajkoczącą idiotką. Biedna Anders musi to znosić. - zaśmiał się. Otworzył drzwi stołówki, puszczając ją przodem. Stołówka nie była jakaś wielka, większość pacjentów jadła bowiem u siebie i jedli w różnych porach. Był w niej bufet i mnóstwo białych, plastikowych stolików. Przy większości stolików siedzieli ludzie, zazwyczaj po jedną, dwie osoby, czasem w większych grupach. Część z nich Sara widziała poprzedniego wieczory, części jednak nie. Nikt nie zwrócił na nią specjalnej uwagi póki nie podszedł do niej Jean. Wtedy kilka dziewczyn popatrzyło się na nią ze zdziwieniem, zazdrością a także ciekawością. Chłopak wziął kilka rzeczy z bufetu, Sara zrobiła to samo. Usiedli razem przy stoliku, Jean zaczął rozmowę.
- Gdzie mieszkałaś przed trafieniem tutaj?- spytał. Sara odpowiedziała spokojnie.
- Na przedmieściach Chicago, w ładnym domku na Czwartej. A ty?
- Pochodzę z Wisconsin.. Ty masz siedemnaście lat, tak?
- Tak. A ty?
- Ja również. Melanie ma dwanaście. Sam dziewiętnaście. Nie ma to jak w wieku czternastu lat trafić do psychiatryka.- westchnął. Sara nie wiedziała co odpowiedzieć, nie musiała jednak tego robić, Jean ciągnął rozmowę dalej.
- Lubisz muzykę?- spytał patrząc jej w oczy z lekkim, przyjacielskim uśmiechem.
- Tak, ale niezbyt głośną. Mam czuły słuch.- odpowiedziała - Gram na gitarze. No, grałam. Nie wiem czy tutaj na to pozwolą.
- Cóż, mi na to pozwalają o ile czasem im coś zagram.- uśmiechnął się szerzej.- Po śniadaniu zaprowadzę cię do schowka. Tam trzymamy rzeczy, których nie powinno się trzymać w pokojach. Jest tam też stara kanapa, niektórzy więc dość często tam siedzą.- spuścił wzrok, Sara nie wiedziała czemu.
- Dziękuje Jean. Chętnie dowiem się czegoś o miejscu, w którym mam żyć.- westchnęła. Dokończyli śniadanie i wyszli ze stołówki. Jean zaprowadził ja do szklanych drzwi.
- To jest Granica. Tu zaczyna się i zarazem kończy nasz oddział. idąc dalej, tu, jak wiesz, jest stołówka.- przeszli korytarzem. naprzeciwko drzwi do stołówki były drugie, nie podpisane. Prowadziły do pomieszczenia z kominkiem, nie nazbyt dużego. Teraz w pokoju było zimno a kominek nie palił się. Nikogo tam nie było.- Tutaj przychodzą rodziny pacjentów w odwiedziny. Tutaj Anders poparzyła sobie ręce. Ma bardzo wredną siostrę. Ale cóż... jedyną.- westchnął chłopak. Zamilkł na chwilę, w końcu kontynuował.- Czasami ludzie przychodzą tu wcześnie rano i rozmawiają.
- Ze sobą?- chciała upewnić się Sara.
- Nie.- odrzekł krótko Jean.- Z duchami. Z Bogiem. Ze dwoją drugą osobowością. Czasem ze ścianą czy z jakąś rzeczą.
- Skąd to wiesz?- zaciekawiła się Sara. Odpowiedział nie patrząc na nią.
- Sam to kiedyś robiłem. Rozmawiałem z rodzicami i starszą siostrą, Liss.- w końcu popatrzył na nią. - Chodźmy dalej.- zarządził. Zrobili to. Zatrzymał się przy czarnych drzwiach, by powiedzieć przy nich trzy zdania.
- To jest kaplica. Co tydzień w niedzielę odbywają się tutaj msze, czy coś. Ja nie wiem, nie chodzę na nie.- wzruszył ramionami i poszedł dalej. Dziewczyna dogoniła go.
- Czemu nie chodzisz?- spytała cicho i niepewnie.
- Bo jak dla mnie to lipa i tyle.- odpowiedział krótko.- Tutaj jest nasz salon, tam izolatki. Tym korytarzem idzie się do schodów. Na górze są sale do terapii, sala rozrywek, schowek i biblioteka. Poczekasz chwilę? Wezmę coś z pokoju i tam pójdziemy.
- Dobrze, poczekam.- zapewniła rudowłosa. Usiadła na jednej z kanap podczas gdy Jean zniknął w korytarzu.
- Ktoś tu ściągnął na siebie gniew dużej części dziewczyn z psychiatryka.- Rozległ się rozbawiony głos. Destiny usiadła obok Sary.
- Słucham?- zdziwiła się tamta.
- Jean jest tutaj obiektem westchnień większości. A ty, właśnie zostałaś przez niego zauważona i oprowadzona. Inne dziewczyny były ignorowane. Są teraz zazdrosne. Niektóre mimo wszystko również zadowolone. Wreszcie mają rywalkę. Gorzej, jeżeli je pogryziesz. Uważaj z tym, bo cię zamkną.- ostrzegła jej współlokatorka. Sara otworzyła oczy szerzej.
- Skąd ty wiesz...- zaczęła i urwała.
- Jak tu trafiłaś?- dokończyła za nią Destiny.- Ja wiem wiele rzeczy, Saro. Siedzę tu już długo. O. Idzie twój przewodnik. Znikam.- Destiny wstała. przechodząc obok Jeana rzekła:
- Cześć emo - i uśmiechnęła się perfidnie zatrzymując na sekundkę.
- Cześć, nawiedzona.- odpowiedział chłopak, dziewczyna zaś przewróciła oczami i poszła dalej. Jean zwrócił się do Sary:
- Współczuję ci, że musisz z nią mieszkać. Chodźmy, Saro.
Poszli korytarzem aż do schodów. Górne piętro jeszcze bardziej nie przypominało psychiatryka niż dolne. Bardziej przywodziło na myśl szkołę. Korytarz był szeroki, pełny drzwi. każde były podpisane. Większość z nich miały na sobie podpisy. "Sala terapeutyczna", "Biblioteka", "sala rozrywki" i kilka innych. Na końcu korytarza był schowek. Jean wytłumaczył, że każdy pacjent ma swój klucz do niego. Zazwyczaj był on zamykany. Chłopak otworzył drzwi. Było to długie pomieszczenie, podzielone na boksy podpisane nazwiskami pacjentów. Kilka boksów było podpisanych kilkoma nazwiskami. Jean zatrzymał się przy ostatnim. Widniało na nim nazwisko Loviere a w środku było tylko kilka rzeczy - dwa pudła i gitara akustyczna. Jean otworzył boks i wziął z niego gitarę. Usiadł z tyłu schowka, na nieco zdezelowanej kanapie.
- Mimo że nasz boks zajmują trzy osoby jest tam bardzo mało rzeczy. Jeśli chcesz możesz się dopisać i również trzymać tam rzeczy. Bo wątpię czy dostaniesz osobny boks a wiele pacjentów lubi grzebać w rzeczach innych. My raczej nie, z resztą tylko ja tu zaglądam. Po gitarę. Póki nie dadzą ci twojej gitary możesz grać na Arkanie. To jedyne co nam zostało po tacie.- powiedział i podał jej instrument.- Zagraj nam coś.- Sara wzięła gitarę, nieco zdenerwowana. Zagrała jedną ze swoich ulubionych piosenek. Była to smutna i wolna melodia. Kiedy skończyła i oddała gitarę chłopakowi. Uśmiechnął się.
- To było piękne. Musisz mieć tu gitarę.- stwierdził po czym włożył z powrotem gitarę do boksu. - Jak znajdę pannę Parker to powiem jej żeby cię dopisała, dobrze?
- Z przyjemnością.- odpowiedziała dziewczyna. Wrócili do salonu i na tym Jean skończył. Powiedział jeszcze, w którym pokoju mieszka i że jeśli by czegoś potrzebowała albo zwyczajnie chciała pogadać to żeby go odwiedziła. Sam poszedł zając się siostrą, ona zaś wróciła do swojego pokoju. Destiny tam nie było. Sara wyjęła swój odtwarzacz i zatopiła się w muzyce.
- Cześć. Mam na imię Alice. To jest Anders, naprawdę ma na imię Sheila. Ona zawsze była taka milcząca, nie martw się. Ten tu, - wskazała na chłopaka - to Jean. Wzdycha do niego połowa dziewczyn z psychiatryka.- zaśmiała się. Sara z grzeczności również to zrobiła.
- Alice. Zapomniałaś o kimś.- mruknął chłopak.- To moja siostra, Melanie. Alice, bardzo często o niej zapomina.- stwierdził wskazując na dziewczynkę.
- Miło mi was poznać. - przywitała się Sara po czym spytała - Przepraszam, gdzie tu można coś zjeść? Bo zjadłabym cokolwiek.
- Mogę cię zaprowadzić.- oznajmił Jean po czym przebiegł wzrokiem po pokoju. Zatrzymał go na chłopaku, podobnym do niego, tylko nieco wyższym i o oczach złotych jak Melanie. Miał on również dłuższe włosy.- Melanie, idź do Sama.- szepnął chłopak do siostry. Dziewczynka skinęła głową i poszła. Tamten wziął ją na kolana i przytulił. Jean tymczasem skinął na Sarę. Poszła za nim.
- Alice to idiotka.- mruknął. - Anders mówiła, że nasza droga blondyneczka nie wierzy w to, że Melanie jest moją siostrą i ciągle ją pomija, bo jest zazdrosna. Chore no nie? Jest zazdrosna o dwunastolatkę. Alice trafiła tu po wypadku, według ludzi ma dziwne, łagodne zaburzenia myślenia. A ja twierdzę że jest po prostu głupia i to wszystko. Za to Anders jest bardzo inteligentna. Jej wadą jest to, dlaczego tu trafiła. Wydaje jej się że widzi duchy. Ja trafiłem tu z prostych powodów. Jestem masochistą, lubię zadawać sobie ból. Melanie ma czasem coś takiego, że przestawia jej się coś w umyśle i zachowuje się jak czterolatka. Dlatego zazwyczaj jest ze mną lub z Samem. Sam jest naszym starszym bratem, szczerze mówiąc nie powinno go tu być, ale nie chciał nas zostawić. Nasi rodzice i siostra, bliźniaczka Sama, zginęli w wypadku trzy lata temu. Z tamtego wypadku tylko Melanie wyszła z życiem. Mają wspólny pokój, ona i Sam, bo nasza siostra potrzebuje stałej opieki. A jak ty tu trafiłaś, Saro?- zakończył historię pytaniem do niej. Dziewczyna zawahała się.
- Wolałabym o tym nie mówić... dobrze?- rzekła powoli, nie będąc pewna czy chce zdradzać mu powód swojego przejścia do psychiatryka. Chłopak skinął głową.
- Nie ma problemu, nie będę cię zmuszał, pytam z czystej ciekawości. To tutaj, stołówka. - stanęli przed białymi, podwójnymi drzwiami. Nad nimi widniał napis "jadalnia". Jean chciał wracać ale Sara zatrzymała go.
- Jadłeś już? - Spytała. Pokręcił głową.- Zjedz ze mną. - poprosiła uśmiechając się lekko, zachęcająco. Zawahał się, ale skinął głową, a kąciki jego ust wykrzywiły się nieco w naprawdę lekkim uśmiechu, trwało to dokładnie sekundę.
- W sumie do wyboru mam śniadanie z tą trajkoczącą idiotką. Biedna Anders musi to znosić. - zaśmiał się. Otworzył drzwi stołówki, puszczając ją przodem. Stołówka nie była jakaś wielka, większość pacjentów jadła bowiem u siebie i jedli w różnych porach. Był w niej bufet i mnóstwo białych, plastikowych stolików. Przy większości stolików siedzieli ludzie, zazwyczaj po jedną, dwie osoby, czasem w większych grupach. Część z nich Sara widziała poprzedniego wieczory, części jednak nie. Nikt nie zwrócił na nią specjalnej uwagi póki nie podszedł do niej Jean. Wtedy kilka dziewczyn popatrzyło się na nią ze zdziwieniem, zazdrością a także ciekawością. Chłopak wziął kilka rzeczy z bufetu, Sara zrobiła to samo. Usiedli razem przy stoliku, Jean zaczął rozmowę.
- Gdzie mieszkałaś przed trafieniem tutaj?- spytał. Sara odpowiedziała spokojnie.
- Na przedmieściach Chicago, w ładnym domku na Czwartej. A ty?
- Pochodzę z Wisconsin.. Ty masz siedemnaście lat, tak?
- Tak. A ty?
- Ja również. Melanie ma dwanaście. Sam dziewiętnaście. Nie ma to jak w wieku czternastu lat trafić do psychiatryka.- westchnął. Sara nie wiedziała co odpowiedzieć, nie musiała jednak tego robić, Jean ciągnął rozmowę dalej.
- Lubisz muzykę?- spytał patrząc jej w oczy z lekkim, przyjacielskim uśmiechem.
- Tak, ale niezbyt głośną. Mam czuły słuch.- odpowiedziała - Gram na gitarze. No, grałam. Nie wiem czy tutaj na to pozwolą.
- Cóż, mi na to pozwalają o ile czasem im coś zagram.- uśmiechnął się szerzej.- Po śniadaniu zaprowadzę cię do schowka. Tam trzymamy rzeczy, których nie powinno się trzymać w pokojach. Jest tam też stara kanapa, niektórzy więc dość często tam siedzą.- spuścił wzrok, Sara nie wiedziała czemu.
- Dziękuje Jean. Chętnie dowiem się czegoś o miejscu, w którym mam żyć.- westchnęła. Dokończyli śniadanie i wyszli ze stołówki. Jean zaprowadził ja do szklanych drzwi.
- To jest Granica. Tu zaczyna się i zarazem kończy nasz oddział. idąc dalej, tu, jak wiesz, jest stołówka.- przeszli korytarzem. naprzeciwko drzwi do stołówki były drugie, nie podpisane. Prowadziły do pomieszczenia z kominkiem, nie nazbyt dużego. Teraz w pokoju było zimno a kominek nie palił się. Nikogo tam nie było.- Tutaj przychodzą rodziny pacjentów w odwiedziny. Tutaj Anders poparzyła sobie ręce. Ma bardzo wredną siostrę. Ale cóż... jedyną.- westchnął chłopak. Zamilkł na chwilę, w końcu kontynuował.- Czasami ludzie przychodzą tu wcześnie rano i rozmawiają.
- Ze sobą?- chciała upewnić się Sara.
- Nie.- odrzekł krótko Jean.- Z duchami. Z Bogiem. Ze dwoją drugą osobowością. Czasem ze ścianą czy z jakąś rzeczą.
- Skąd to wiesz?- zaciekawiła się Sara. Odpowiedział nie patrząc na nią.
- Sam to kiedyś robiłem. Rozmawiałem z rodzicami i starszą siostrą, Liss.- w końcu popatrzył na nią. - Chodźmy dalej.- zarządził. Zrobili to. Zatrzymał się przy czarnych drzwiach, by powiedzieć przy nich trzy zdania.
- To jest kaplica. Co tydzień w niedzielę odbywają się tutaj msze, czy coś. Ja nie wiem, nie chodzę na nie.- wzruszył ramionami i poszedł dalej. Dziewczyna dogoniła go.
- Czemu nie chodzisz?- spytała cicho i niepewnie.
- Bo jak dla mnie to lipa i tyle.- odpowiedział krótko.- Tutaj jest nasz salon, tam izolatki. Tym korytarzem idzie się do schodów. Na górze są sale do terapii, sala rozrywek, schowek i biblioteka. Poczekasz chwilę? Wezmę coś z pokoju i tam pójdziemy.
- Dobrze, poczekam.- zapewniła rudowłosa. Usiadła na jednej z kanap podczas gdy Jean zniknął w korytarzu.
- Ktoś tu ściągnął na siebie gniew dużej części dziewczyn z psychiatryka.- Rozległ się rozbawiony głos. Destiny usiadła obok Sary.
- Słucham?- zdziwiła się tamta.
- Jean jest tutaj obiektem westchnień większości. A ty, właśnie zostałaś przez niego zauważona i oprowadzona. Inne dziewczyny były ignorowane. Są teraz zazdrosne. Niektóre mimo wszystko również zadowolone. Wreszcie mają rywalkę. Gorzej, jeżeli je pogryziesz. Uważaj z tym, bo cię zamkną.- ostrzegła jej współlokatorka. Sara otworzyła oczy szerzej.
- Skąd ty wiesz...- zaczęła i urwała.
- Jak tu trafiłaś?- dokończyła za nią Destiny.- Ja wiem wiele rzeczy, Saro. Siedzę tu już długo. O. Idzie twój przewodnik. Znikam.- Destiny wstała. przechodząc obok Jeana rzekła:
- Cześć emo - i uśmiechnęła się perfidnie zatrzymując na sekundkę.
- Cześć, nawiedzona.- odpowiedział chłopak, dziewczyna zaś przewróciła oczami i poszła dalej. Jean zwrócił się do Sary:
- Współczuję ci, że musisz z nią mieszkać. Chodźmy, Saro.
Poszli korytarzem aż do schodów. Górne piętro jeszcze bardziej nie przypominało psychiatryka niż dolne. Bardziej przywodziło na myśl szkołę. Korytarz był szeroki, pełny drzwi. każde były podpisane. Większość z nich miały na sobie podpisy. "Sala terapeutyczna", "Biblioteka", "sala rozrywki" i kilka innych. Na końcu korytarza był schowek. Jean wytłumaczył, że każdy pacjent ma swój klucz do niego. Zazwyczaj był on zamykany. Chłopak otworzył drzwi. Było to długie pomieszczenie, podzielone na boksy podpisane nazwiskami pacjentów. Kilka boksów było podpisanych kilkoma nazwiskami. Jean zatrzymał się przy ostatnim. Widniało na nim nazwisko Loviere a w środku było tylko kilka rzeczy - dwa pudła i gitara akustyczna. Jean otworzył boks i wziął z niego gitarę. Usiadł z tyłu schowka, na nieco zdezelowanej kanapie.
- Mimo że nasz boks zajmują trzy osoby jest tam bardzo mało rzeczy. Jeśli chcesz możesz się dopisać i również trzymać tam rzeczy. Bo wątpię czy dostaniesz osobny boks a wiele pacjentów lubi grzebać w rzeczach innych. My raczej nie, z resztą tylko ja tu zaglądam. Po gitarę. Póki nie dadzą ci twojej gitary możesz grać na Arkanie. To jedyne co nam zostało po tacie.- powiedział i podał jej instrument.- Zagraj nam coś.- Sara wzięła gitarę, nieco zdenerwowana. Zagrała jedną ze swoich ulubionych piosenek. Była to smutna i wolna melodia. Kiedy skończyła i oddała gitarę chłopakowi. Uśmiechnął się.
- To było piękne. Musisz mieć tu gitarę.- stwierdził po czym włożył z powrotem gitarę do boksu. - Jak znajdę pannę Parker to powiem jej żeby cię dopisała, dobrze?
- Z przyjemnością.- odpowiedziała dziewczyna. Wrócili do salonu i na tym Jean skończył. Powiedział jeszcze, w którym pokoju mieszka i że jeśli by czegoś potrzebowała albo zwyczajnie chciała pogadać to żeby go odwiedziła. Sam poszedł zając się siostrą, ona zaś wróciła do swojego pokoju. Destiny tam nie było. Sara wyjęła swój odtwarzacz i zatopiła się w muzyce.
---------------------------------------------------
Dobra, po długiej przerwie piszę w końcu rozdział. Przepraszam za tak długie zwlekanie w końcu mi się udało. Eutera, Twoja kolej ;3
wtorek, 30 lipca 2013
Rozdział 1: Oczami Destiny
Ogromna tarcza księżyca wyróżniała się na tle bezgranicznie czarnego nieba. Nie dało się dostrzec żadnej gwiazdki ani chmurki, co jedynie wprawiało w bardziej tajemniczy nastrój. Wszędzie panowała zupełna cisza, jedynie co jakiś czas dało się usłyszeć skromne huczenie sowy. Dawno nie było tak cudownej pełni, która sprawiała u ludzi dreszcz emocji, a może i strachu.
Tej samej nocy w pewnym zakładzie psychiatrycznym nie paliło się żadne światło. Zdawać by się mogło, że wszyscy pacjenci śpią zgodnie z regulaminem, oczywiście po dawce przepisanych leków. Tylko jeden pacjent złamał zasadę i nie udał się na wypoczynek.
John Grant chodził nerwowo po pokoju od ściany do ściany. Wyraźnie się nad czymś zastanawiał, co można było stwierdzić po zamyślonej twarzy. Jego zielone oczy rozjaśniły się, gdy podszedł do okna i padł na niego blask księżyca, a po chwili zgasły i zniknęły w ciemności.
Potarł się po łysej głowie i starł kilka pojedynczych kropelek potu. Nosił na sobie obowiązkowy strój - biała koszulka i tego samego koloru proste spodnie do ziemi. Brakowało tylko tenisówek, które stały w kącie pomieszczenia, porzucone i zniszczone.
Nagle podszedł do metalowego łóżka, zrzucił jasną pościel i poduszkę, spod której chwycił ostry nóż. Nie powinien go mieć. To było wbrew zasadom. Groziło to srogą karą. Wkradł się z samego rana do kuchni i wziął jedno ostrze, chowając je uważnie pod bluzkę, a następnie wrócił posłusznie do swojej sypialny... A raczej izolatki.
W pokoju było tylko łóżko. Nie miał nawet szans na skromną półkę, aby coś postawić, bo nie miał co. Lekarze zwracali na niego szczególną uwagę, ponieważ podobno był wybuchowy i łatwo tracił panowanie nad sobą. Owszem, raz skaleczyłem doktora nożem, ale to był przypadek! powtarzał sobie, wmawiając że nie zrobił nic złego.
Ale miał dość. Czuł, że nie chce tak dłużej żyć, ale pragnął osiągnąć upragniony spokój, którego nie będzie zawdzięczał proszkom. Męczył się we własnym ciele, niezdolny do czegokolwiek. Był nieudacznikiem. Idiotą. Kretynem. Palantem.
Ścisnął nóż mocniej i przybliżył go sobie do klatki piersiowej dokładnie w miejscu, gdzie powinno być jego serce. Słyszał jego echo, jak pulsuje mu krew i tętno przyspiesza. Jego spazmatyczny oddech nie równał się z prędkością ciśnienia, które cały czas wzrastało.
Nadszedł ten czas. Na spokój. Na wolność. Na wakacje. Bardzo, bardzo długie wakacje.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, ostrze przeszyło jego ciało. Strużka krwi pociekła z rany, a on sam upadł bezwładnie na podłogę. Poddał się.
Podniosłam się gwałtownie, dysząc ciężko. Zakręciło mi się w głowie, a przed oczami zaczęły mi się pojawiać białe plamki, więc ponownie opadłam na łóżko. Było mi strasznie gorąco. Całe moje ciało lepiło się od potu, a włosy były po prostu mokre. Zrzuciłam z siebie pościel i westchnęłam głęboko, czując przyjemny chłód, którego teraz potrzebowałam.
Po kilku minutach, kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, podniosłam się powoli, lustrując otoczenie. Znajdowałam się w małej izolatce, gdzie były tylko dwa szpitalne łóżka - jedyne takie pomieszczenie w całym psychiatryku.
Betty uprzedziła mnie, że ze względu na brak miejsc jest zmuszona przydzielić do mojego pokoju jedną osobę - pierwszy raz się z czymś takim spotkałam. Uznała, że dobrze to zrobi tej osobie i mi, a w razie problemów nas rozdzieli. Coś w rodzaju eksperymentu. Stanowczo nie chciałam być królikiem doświadczalnym, o czym ją uprzedziłam, ale ona odparła Tylko nie wyślij na mnie tej swojej armii duszków! i odeszła z cichym śmiechem. Skoro chciała to nie mogłam się oprzeć, aby poprosić jedną duszą o przysługę - klasyczne migające światła, włączający się telewizor, braki prądu... Potem śmiałam się z niej, bo bezradna nie wiedziała, co jest przyczyną wszystkich zdarzeń.
Usłyszałam cichy jęk i momentalnie odwróciłam się w tamtą stronę - na łóżku leżała dziewczyna. Sara. Cicha nastolatka, która sprawiała wrażenie lekko wystraszonej, a zarazem zafascynowanej. Czym, tą starą budą, w której można się zanudzić na śmierć? Świetny powód do radości.
Już chciałam ponownie pójść spać, gdy przypomniał mi się sen... A raczej wizja. Koszmar, który nawiedza mnie od czasu do czasu (czytaj: co drugi dzień), aby przekazać mi wiadomość. Zawsze je miałam, tylko na początku nie wiedziałam, co one oznaczają. Dopiero gdzieś w wieku ośmiu lat się zorientowałam, że to przepowiednie śmierci.
Kiedy przyśniła mi się śmierć siostry.
Od tamtej pory nic nie było takie same. Powiedziałam mamie wszystko - koszmary, tajemnicze postacie, które widzę tylko ja, i te całe wizje... I tak trafiłam tutaj, do tych wariatów. Dzień przed przyjściem tutaj był pogrzeb, na który poszłam mimo protestów rodziców.
Duch Jessicy jedynie mnie upewnił.
Poczułam coś mokrego na policzku i pospiesznie starłam słoną łzę, która mi się wymsknęła spod oka. Zagryzłam dolną wargę tak mocno, że poczułam metaliczny smak krwi. Nie chciałam wracać do tamtego momentu.
- Wspomnienia?
Zasłoniłam sobie usta ręką, aby nie krzyknąć. Podskoczyłam odruchowo, przez co dało się usłyszeć skrzypienie. Cholerne łóżka.
- Nie strasz mnie! - Syknęłam ostro.
- Spokojnie - postać wyłoniła się z cienia - To ja.
Jedno spojrzenie wystarczyło, abym go rozpoznała.
- Miło cię widzieć. - Mruknęłam ponuro.
Christian zrobił kolejny krok do przodu, stając w świetle, dzięki czemu mogłam mu się przyjrzeć. Miał trochę dłuższe, kruczoczarne włosy, które jak zwykle były łobuzersko potargane. Niesamowicie ciemne oczy były dosłownie czarne i przypominały mi labirynt, z którego nie ma wyjścia. Jak się raz w nie spojrzało to nie dało się przestać i można było się tylko nimi zachwycać. Teraz dostrzegałam w nich dwa rozbawione ogniki, a kąciki ust wyginały mu się w złośliwym uśmieszku. Niesamowicie blada skóra wyróżniała się na tle ciemności, co było jedną z wielu cech duchów.
Był ubrany w dżinsy, szaro - niebieską koszulkę i granatową marynarkę. Czarny krawat był rozluźniony i nonszalancko mu zwisał. Nie wiedziałam, ile ma lat, ale powiedział mi tylko, że jest bardzo stary. Tylko tyle o nim wiedziałam... No i nazywał się Christian. Zdradził mi tylko te dwie rzeczy, nic więcej.
- Coś ty taka drażliwa? - Uniósł brew.
Błyskawicznie sięgnęłam po poduszkę i rzuciłam nią w jego kierunku. Przeleciała przez jego ciało, zupełnie jakby go tu nie było. Z jednej strony było to prawdą.
Zaklęłam pod nosem i odparłam:
- Odczep się ode mnie.
- Naprawdę tego chcesz?
Oczywiście, że nie. Był jedyną osobą, która mi naprawdę pomogła. Kiedy tu dotarłam był moim oparciem - wszystko mi wytłumaczył. Cechy duchów, dokładnie co oznaczają moje sny oraz opowiedział o tym "innym świecie", czyli świecie nadnaturalnych. Niebo, Piekło i Ziemia. Trzy światy. Potwory żyły na Ziemi, Demony w Piekle, a Anioły w Niebie. Rodzaj porządku. Ja natomiast byłam połączeniem z zupełnie odmiennymi istotami - Duchami. Potrafiłam porozumiewać się z Czystką, czyli ich światem. Nie dostali się oni ani do Nieba, ani do Piekła, a nie mogli zstąpić na Ziemię w cielistej powłoce. Zwykłe dusze bez ciała. Coś jak tusz bez długopisu. Długopis jest tylko opakowaniem.
- Spadaj. I oddaj moją poduszkę.
- Nawet ci jej nie zabrałem.
- Ale możesz mi ją podać.
W tym samym momencie poduszka uniosła się z podłogi i z całą siłą walnęła prosto we mnie. Duchy nie potrafiły normalnie podnosić przedmiotów, ale posługiwały się telekinezą.
- Nie zapominasz, że ja jeszcze nie umarłam? - Spojrzałam się na niego wilkiem.
- A czy jest jakaś różnica? - Wyszczerzył się.
- Zamknij się wreszcie. I uważaj - wskazałam na drugie łóżko - nie jesteśmy tu sami. Chyba nie chcesz jej obudzić.
- To ty będziesz mieć problem, mnie ona nie widzi. W końcu jak ty jej wytłumaczysz, że gadasz do ściany?
Otworzyłam usta, aby się odezwać, jednak szybko zamknęłam je z powrotem.
- Kto to jest, tak w ogóle? - Spytał.
- Powiedz mi: słuchasz mnie kiedykolwiek?
- Czasami.
- Super - prychnęłam - Gdybyś pamiętał naszą wcześniejszą rozmowę to byś wiedział.
Przewrócił oczami.
- Gadaj.
- Nie.
- Tak.
- Powiedziałam już: nie.
- Mam ją obudzić?
- Nie!
- Bo co? Znowu rzucisz we mnie poduszką? - Zaśmiał się.
- Nienawidzę cię.
- Nie ty jedna.
- Żeby cię szlag trafił. To ta nowa, kojarzysz?
Przez chwilę stał i wyglądało, jakby się zamyślił. Odezwał się dopiero po kilku minutach.
- Coś o niej wspomniałaś. Czyżby Betty również zwariowała, że zamknęła w jednym pokoju dwie psychopatki?
- Wypraszam sobie. Nie łażę z maską na twarzy i piłą mechaniczną. Aż tak nisko jeszcze nie upadłam.
Znowu zaczął się śmiać. Strasznie lubiłam jego śmiech, przyprawiał mnie o niepokojące dreszcze, które jednak w pewien sposób były przyjemne. Z jednej strony nienawidziłam tego uczucia, ale z drugiej nie mogłam mu się oprzeć. Był istną zagadką, której z pewnością przez najbliższy czas nie będę w stanie rozwiązać.
- Ale jednak z jakiegoś powodu tu jesteś. - Zauważył.
- Ty jesteś tym powodem - założyłam ręce na piersi.
Uniósł dłonie w geście obronnym i odparł z uśmiechem:
- Nie zwalaj wszystkiego na mnie. Zapomniałaś o reszcie swoich przyjaciół?
- To nie są moi przyjaciele! - Uniosłam głos, ale po chwili się powstrzymałam w obawie, że obudzę Sarę.
- Nazywaj ich jak tam chcesz. Dla mnie to rodzina, dla ciebie przyjaciele. W końcu śnisz o nich, to chyba coś znaczy?
- Zboczeniec.
Znowu ten śmiech. Nie potrafiłam się na niego złościć, było to zbyt trudne. W końcu jak mogłam go stracić? Towarzyszył mi przez większą część mojego życia. Trafiłam tu w wieku ośmiu lat, a teraz mam osiemnaście. Całe dziesięć lat był przy mnie i mnie wspierał. Bez niego z pewnością bym tu zwariowała, ale tym razem na serio.
- To ty masz takie skojarzenia, ja nic nie mówiłem.
Wtedy dostrzegłam głodny błysk w jego oczach. Pojawiał się co jakiś czas i powodował u mnie dreszcze. Dopiero wtedy zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo Chris jest potężny. Mógł mieć setki, tysiące, a nawet miliony lat. Czyniłoby go to wtedy niezwykle groźnym Duchem. Ludzie wyśmiewali te istoty, ale nie mieli pojęcia, do czego one są zdolne i jak trudno je zabić. Nie wolno ich lekceważyć.
Tajemniczy błysk zniknął tak szybko jak się pojawił.
- Dobra, mniejsza, mogę iść spać? - Jęknęłam zrezygnowana.
- Jak mi powiesz kilka rzeczy.
Potarłam ręką czoło i westchnęłam ciężko. W tym momencie miałam go szczerze dość. Chciałam iść po prostu spać, a nie wysłuchiwać jakiegoś Ducha.
- Co znowu? - Spytałam.
- Najpierw: miałaś wizję, prawda?
- Tak. - Przyznałam niechętnie.
Skinął głową i znowu chwilę się namyślał. Ja natomiast przeczesałam palcami włosy i odgarnęłam je do tyłu. Byłam już nieźle wkurzona.
- No i?
- Będzie jednego wariata mniej.
- Zabójstwo w psychiatryku? - Wyraźnie się zdziwił.
- Raczej samobójstwo. - Poprawiłam go. - John, ten gość co prawie zadźgał jednego lekarza na śmierć, teraz zadźga siebie.
- To jest już mniej dziwne.
Nastała niezręczna cisza. Kiedy chciałam ją przerwać, Christian się odezwał:
- A ciebie co łączy z tą psychopatką?
- Nic. - Wzruszyłam ramionami. - Kolejny eksperyment.
- Betty? - Uśmiechnął się lekko.
- Kto inny wpadłby na taki pomysł?
- Na pewno ktoś w jej stylu - stwierdził, a ja się zaśmiałam.
- Jeden szalony lekarz mi wystarczy.
Odwróciłam się w stronę okna. O ile prostokątny otwór z kratami w środku można było nazwać oknem. Te izolatki wyglądały jak więzienie. Dostrzegłam jednak ogromny księżyc, który był prawie w pełni. Było do niej pewnie jeszcze kilka dni. Wtedy Johny miał ponieść śmierć, którą sam sobie zada... Ale co ja mogłam zrobić? Przepisali by mi leki uspokajające i zamknęli w pokoju, przywiązaną do łóżka. Nie raz tak mi robili. Na samą myśl o tym poczułam ostry ból na nadgarstkach i kostkach.
- Sara.
- Co?
- Ta dziewczyna - wskazałam na nią - nazywa się Sara.
Odwróciłam się w jej stronę i zobaczyłam, że dalej śpi. Pewnie zapadła w wyjątkowo głęboki sen, skoro jeszcze jej nie obudziłam.
Skinął głową, jakby to wszystko wyjaśniało. Przypatrywał jej się przez dłuższy czas, a ja zaczęłam się bawić swoimi włosami. Całe się kleiły od potu, co mnie strasznie denerwowało. Nadal byłam mokra, a chłód w pomieszczeniu praktycznie nic nie dawał.
- Uważaj na nią. - Stwierdził.
I zniknął.
~ Sky
******
A więc tak - należy się raczej kilka słów wyjaśnienia. Nazywam się Sky i będę prowadzić tego bloga z Syrą Cailan, zastępując MoonLight. Lub raczej Azrael. Jestem przyjaciółką Syry Cailan i wszystko mi ona dokładnie wytłumaczyła, a także zdradziła przebieg akcji. :) Nie chciała porzucić tego opowiadania i poprosiła mnie o pomoc. Mam nadzieję, że jakoś mi to wyjdzie. ;)
Podniosłam się gwałtownie, dysząc ciężko. Zakręciło mi się w głowie, a przed oczami zaczęły mi się pojawiać białe plamki, więc ponownie opadłam na łóżko. Było mi strasznie gorąco. Całe moje ciało lepiło się od potu, a włosy były po prostu mokre. Zrzuciłam z siebie pościel i westchnęłam głęboko, czując przyjemny chłód, którego teraz potrzebowałam.
Po kilku minutach, kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, podniosłam się powoli, lustrując otoczenie. Znajdowałam się w małej izolatce, gdzie były tylko dwa szpitalne łóżka - jedyne takie pomieszczenie w całym psychiatryku.
Betty uprzedziła mnie, że ze względu na brak miejsc jest zmuszona przydzielić do mojego pokoju jedną osobę - pierwszy raz się z czymś takim spotkałam. Uznała, że dobrze to zrobi tej osobie i mi, a w razie problemów nas rozdzieli. Coś w rodzaju eksperymentu. Stanowczo nie chciałam być królikiem doświadczalnym, o czym ją uprzedziłam, ale ona odparła Tylko nie wyślij na mnie tej swojej armii duszków! i odeszła z cichym śmiechem. Skoro chciała to nie mogłam się oprzeć, aby poprosić jedną duszą o przysługę - klasyczne migające światła, włączający się telewizor, braki prądu... Potem śmiałam się z niej, bo bezradna nie wiedziała, co jest przyczyną wszystkich zdarzeń.
Usłyszałam cichy jęk i momentalnie odwróciłam się w tamtą stronę - na łóżku leżała dziewczyna. Sara. Cicha nastolatka, która sprawiała wrażenie lekko wystraszonej, a zarazem zafascynowanej. Czym, tą starą budą, w której można się zanudzić na śmierć? Świetny powód do radości.
Już chciałam ponownie pójść spać, gdy przypomniał mi się sen... A raczej wizja. Koszmar, który nawiedza mnie od czasu do czasu (czytaj: co drugi dzień), aby przekazać mi wiadomość. Zawsze je miałam, tylko na początku nie wiedziałam, co one oznaczają. Dopiero gdzieś w wieku ośmiu lat się zorientowałam, że to przepowiednie śmierci.
Kiedy przyśniła mi się śmierć siostry.
Od tamtej pory nic nie było takie same. Powiedziałam mamie wszystko - koszmary, tajemnicze postacie, które widzę tylko ja, i te całe wizje... I tak trafiłam tutaj, do tych wariatów. Dzień przed przyjściem tutaj był pogrzeb, na który poszłam mimo protestów rodziców.
Duch Jessicy jedynie mnie upewnił.
Poczułam coś mokrego na policzku i pospiesznie starłam słoną łzę, która mi się wymsknęła spod oka. Zagryzłam dolną wargę tak mocno, że poczułam metaliczny smak krwi. Nie chciałam wracać do tamtego momentu.
- Wspomnienia?
Zasłoniłam sobie usta ręką, aby nie krzyknąć. Podskoczyłam odruchowo, przez co dało się usłyszeć skrzypienie. Cholerne łóżka.
- Nie strasz mnie! - Syknęłam ostro.
- Spokojnie - postać wyłoniła się z cienia - To ja.
Jedno spojrzenie wystarczyło, abym go rozpoznała.
- Miło cię widzieć. - Mruknęłam ponuro.
Christian zrobił kolejny krok do przodu, stając w świetle, dzięki czemu mogłam mu się przyjrzeć. Miał trochę dłuższe, kruczoczarne włosy, które jak zwykle były łobuzersko potargane. Niesamowicie ciemne oczy były dosłownie czarne i przypominały mi labirynt, z którego nie ma wyjścia. Jak się raz w nie spojrzało to nie dało się przestać i można było się tylko nimi zachwycać. Teraz dostrzegałam w nich dwa rozbawione ogniki, a kąciki ust wyginały mu się w złośliwym uśmieszku. Niesamowicie blada skóra wyróżniała się na tle ciemności, co było jedną z wielu cech duchów.
Był ubrany w dżinsy, szaro - niebieską koszulkę i granatową marynarkę. Czarny krawat był rozluźniony i nonszalancko mu zwisał. Nie wiedziałam, ile ma lat, ale powiedział mi tylko, że jest bardzo stary. Tylko tyle o nim wiedziałam... No i nazywał się Christian. Zdradził mi tylko te dwie rzeczy, nic więcej.
- Coś ty taka drażliwa? - Uniósł brew.
Błyskawicznie sięgnęłam po poduszkę i rzuciłam nią w jego kierunku. Przeleciała przez jego ciało, zupełnie jakby go tu nie było. Z jednej strony było to prawdą.
Zaklęłam pod nosem i odparłam:
- Odczep się ode mnie.
- Naprawdę tego chcesz?
Oczywiście, że nie. Był jedyną osobą, która mi naprawdę pomogła. Kiedy tu dotarłam był moim oparciem - wszystko mi wytłumaczył. Cechy duchów, dokładnie co oznaczają moje sny oraz opowiedział o tym "innym świecie", czyli świecie nadnaturalnych. Niebo, Piekło i Ziemia. Trzy światy. Potwory żyły na Ziemi, Demony w Piekle, a Anioły w Niebie. Rodzaj porządku. Ja natomiast byłam połączeniem z zupełnie odmiennymi istotami - Duchami. Potrafiłam porozumiewać się z Czystką, czyli ich światem. Nie dostali się oni ani do Nieba, ani do Piekła, a nie mogli zstąpić na Ziemię w cielistej powłoce. Zwykłe dusze bez ciała. Coś jak tusz bez długopisu. Długopis jest tylko opakowaniem.
- Spadaj. I oddaj moją poduszkę.
- Nawet ci jej nie zabrałem.
- Ale możesz mi ją podać.
W tym samym momencie poduszka uniosła się z podłogi i z całą siłą walnęła prosto we mnie. Duchy nie potrafiły normalnie podnosić przedmiotów, ale posługiwały się telekinezą.
- Nie zapominasz, że ja jeszcze nie umarłam? - Spojrzałam się na niego wilkiem.
- A czy jest jakaś różnica? - Wyszczerzył się.
- Zamknij się wreszcie. I uważaj - wskazałam na drugie łóżko - nie jesteśmy tu sami. Chyba nie chcesz jej obudzić.
- To ty będziesz mieć problem, mnie ona nie widzi. W końcu jak ty jej wytłumaczysz, że gadasz do ściany?
Otworzyłam usta, aby się odezwać, jednak szybko zamknęłam je z powrotem.
- Kto to jest, tak w ogóle? - Spytał.
- Powiedz mi: słuchasz mnie kiedykolwiek?
- Czasami.
- Super - prychnęłam - Gdybyś pamiętał naszą wcześniejszą rozmowę to byś wiedział.
Przewrócił oczami.
- Gadaj.
- Nie.
- Tak.
- Powiedziałam już: nie.
- Mam ją obudzić?
- Nie!
- Bo co? Znowu rzucisz we mnie poduszką? - Zaśmiał się.
- Nienawidzę cię.
- Nie ty jedna.
- Żeby cię szlag trafił. To ta nowa, kojarzysz?
Przez chwilę stał i wyglądało, jakby się zamyślił. Odezwał się dopiero po kilku minutach.
- Coś o niej wspomniałaś. Czyżby Betty również zwariowała, że zamknęła w jednym pokoju dwie psychopatki?
- Wypraszam sobie. Nie łażę z maską na twarzy i piłą mechaniczną. Aż tak nisko jeszcze nie upadłam.
Znowu zaczął się śmiać. Strasznie lubiłam jego śmiech, przyprawiał mnie o niepokojące dreszcze, które jednak w pewien sposób były przyjemne. Z jednej strony nienawidziłam tego uczucia, ale z drugiej nie mogłam mu się oprzeć. Był istną zagadką, której z pewnością przez najbliższy czas nie będę w stanie rozwiązać.
- Ale jednak z jakiegoś powodu tu jesteś. - Zauważył.
- Ty jesteś tym powodem - założyłam ręce na piersi.
Uniósł dłonie w geście obronnym i odparł z uśmiechem:
- Nie zwalaj wszystkiego na mnie. Zapomniałaś o reszcie swoich przyjaciół?
- To nie są moi przyjaciele! - Uniosłam głos, ale po chwili się powstrzymałam w obawie, że obudzę Sarę.
- Nazywaj ich jak tam chcesz. Dla mnie to rodzina, dla ciebie przyjaciele. W końcu śnisz o nich, to chyba coś znaczy?
- Zboczeniec.
Znowu ten śmiech. Nie potrafiłam się na niego złościć, było to zbyt trudne. W końcu jak mogłam go stracić? Towarzyszył mi przez większą część mojego życia. Trafiłam tu w wieku ośmiu lat, a teraz mam osiemnaście. Całe dziesięć lat był przy mnie i mnie wspierał. Bez niego z pewnością bym tu zwariowała, ale tym razem na serio.
- To ty masz takie skojarzenia, ja nic nie mówiłem.
Wtedy dostrzegłam głodny błysk w jego oczach. Pojawiał się co jakiś czas i powodował u mnie dreszcze. Dopiero wtedy zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo Chris jest potężny. Mógł mieć setki, tysiące, a nawet miliony lat. Czyniłoby go to wtedy niezwykle groźnym Duchem. Ludzie wyśmiewali te istoty, ale nie mieli pojęcia, do czego one są zdolne i jak trudno je zabić. Nie wolno ich lekceważyć.
Tajemniczy błysk zniknął tak szybko jak się pojawił.
- Dobra, mniejsza, mogę iść spać? - Jęknęłam zrezygnowana.
- Jak mi powiesz kilka rzeczy.
Potarłam ręką czoło i westchnęłam ciężko. W tym momencie miałam go szczerze dość. Chciałam iść po prostu spać, a nie wysłuchiwać jakiegoś Ducha.
- Co znowu? - Spytałam.
- Najpierw: miałaś wizję, prawda?
- Tak. - Przyznałam niechętnie.
Skinął głową i znowu chwilę się namyślał. Ja natomiast przeczesałam palcami włosy i odgarnęłam je do tyłu. Byłam już nieźle wkurzona.
- No i?
- Będzie jednego wariata mniej.
- Zabójstwo w psychiatryku? - Wyraźnie się zdziwił.
- Raczej samobójstwo. - Poprawiłam go. - John, ten gość co prawie zadźgał jednego lekarza na śmierć, teraz zadźga siebie.
- To jest już mniej dziwne.
Nastała niezręczna cisza. Kiedy chciałam ją przerwać, Christian się odezwał:
- A ciebie co łączy z tą psychopatką?
- Nic. - Wzruszyłam ramionami. - Kolejny eksperyment.
- Betty? - Uśmiechnął się lekko.
- Kto inny wpadłby na taki pomysł?
- Na pewno ktoś w jej stylu - stwierdził, a ja się zaśmiałam.
- Jeden szalony lekarz mi wystarczy.
Odwróciłam się w stronę okna. O ile prostokątny otwór z kratami w środku można było nazwać oknem. Te izolatki wyglądały jak więzienie. Dostrzegłam jednak ogromny księżyc, który był prawie w pełni. Było do niej pewnie jeszcze kilka dni. Wtedy Johny miał ponieść śmierć, którą sam sobie zada... Ale co ja mogłam zrobić? Przepisali by mi leki uspokajające i zamknęli w pokoju, przywiązaną do łóżka. Nie raz tak mi robili. Na samą myśl o tym poczułam ostry ból na nadgarstkach i kostkach.
- Sara.
- Co?
- Ta dziewczyna - wskazałam na nią - nazywa się Sara.
Odwróciłam się w jej stronę i zobaczyłam, że dalej śpi. Pewnie zapadła w wyjątkowo głęboki sen, skoro jeszcze jej nie obudziłam.
Skinął głową, jakby to wszystko wyjaśniało. Przypatrywał jej się przez dłuższy czas, a ja zaczęłam się bawić swoimi włosami. Całe się kleiły od potu, co mnie strasznie denerwowało. Nadal byłam mokra, a chłód w pomieszczeniu praktycznie nic nie dawał.
- Uważaj na nią. - Stwierdził.
I zniknął.
~ Sky
******
A więc tak - należy się raczej kilka słów wyjaśnienia. Nazywam się Sky i będę prowadzić tego bloga z Syrą Cailan, zastępując MoonLight. Lub raczej Azrael. Jestem przyjaciółką Syry Cailan i wszystko mi ona dokładnie wytłumaczyła, a także zdradziła przebieg akcji. :) Nie chciała porzucić tego opowiadania i poprosiła mnie o pomoc. Mam nadzieję, że jakoś mi to wyjdzie. ;)
niedziela, 10 marca 2013
Prolog: Oczami Sary
15 października. Data ta była dla mnie ważna ale chwilami chciałabym ją zapomnieć. Tego dnia naprawdę zdałam sobie sprawę z tego kim jestem. Znaczy.. już dawno to podejrzewałam, nie miałam jednak jednoznacznego potwierdzenia. O czym ja właściwie mówię? Już wyjaśniam, już wyjaśniam. Od początku, odkąd znam tę rasę, zauważam u siebie podobieństwa... do wampirów. Tak, tak, wampirów. Jestem niesamowicie blada, moje zęby przypominają kły... no i... no i uczucia... zachowania... zmysły. Wszystko mi mówi, że nie jestem normalna. Czuję uczucia innych osób, ale tylko te, które odnoszą się do mnie. Czuję również krew, chociaż dość słabo, nie tylko tą przesiąkniętą alkoholem, ale tą najsilniej. Nie mam zbyt wielu przyjaciół. Ba, nie mam żadnych przyjaciół. Prócz kotów. Tak, koty mnie lubią. Tak samo jak wampiry. Każdego wampira lubią koty. Czemu? Nie stwierdzono, w żadnej książce, w żadnym micie, w żadnej legendzie. Nie wspominano nawet o kotach. Może nikt nie wiedział? Ale cóż... odbiegam trochę od tematu. 15 października...
Tego dnia padało. Deszcz uspokoił się dopiero koło szóstej godziny, a i wtedy miasto spowijała mgła. Dla wampira warunki idealne wprost do polowań. Ludzi na ulicach jednak mało. A jeśli już ktoś był to przedstawiciele grupy społecznej zwanej potocznie dresami - zgarbione postacie w czarnych dresach i kapturach czekające, podobnie jak wampiry, na jakąś zdobycz - telefon, zegarek, złotą bransoletkę, portfel..no i ich cele, bardzo nieliczni ludzie wracający z jakichś imprez. Krajobraz pospolity. Cisza, spokój, mgła i ciemność, przerywane tylko światłem kilku ulicznych lamp. Aż tu nagle... ulicą idzie dziewczyna w czarnym płaszczu z ćwiekami na mankietach rękawów i w najwidoczniej nowych glanach. Dziewczyna o niesamowicie bladej skórze i intensywnie rudych, prostych włosach. Głowę ma pochyloną, tak, że dolna część twarzy zatapia się w chuście w czarno-białą kratę. Oczy jednak - brązowe ze złotymi refleksjami, w świetle latarni wydające się nawet bursztynowe obserwują wszystko wokół. Dziewczyna przechodzi obok jednego z zaułków w którym ukrywają się te osoby, zwane dresami. Nie przepuszczają okazji. Jest ich dwóch. Stoją przed nią, patrzą na nią uśmiechając się szpetnie pewni, że tym razem pójdzie wyjątkowo łatwo. Dziewczyna nie okazuje jednak strachu, patrzy im kolejno w oczy. Jej spojrzenie ma w sobie coś... dziwnego. W umyśle jednego z mężczyzn pojawia się zwątpienie, czy aby na pewno pójdzie tak łatwo. Dziewczyna uśmiecha się, oni tego jednak nie widzą. Potem podnosi rękę, rozwiązuje chustę i uśmiecha się ukazując zęby. Podobne do kłów. Minęła sekunda a dziewczyna skoczyła. Dopadła bliższego z mężczyzn i ugryzła go. Przeszły ją dreszcze kiedy trysnęła krew ale ciepły płyn, z domieszką alkoholu, spłynął do jej gardła i wywołał uczucie... podniecenia? szczęścia? sytości? Nie umiała określić. A po chwili uświadomiła sobie co robi. Oderwała się od mężczyzny, otarła usta i uciekła.
Znaleźli mnie kilka dni później. Wzięli mnie na komisariat, zadali wiele pytań. A potem odwieźli do domu. Rodzice nie przyjęli tego dobrze... Nie z powodu tego co zrobiłam - bo nie wiedzieli co zrobiłam. I właśnie to było chyba najgorsze, myśleli że kogoś zabiłam czy coś. Z tego co wiedziałam człowiek, którego zaatakowałam przeżył. Kilka tygodni później policjanci wrócili. Z lekarzem psychiatrą. On rozmawiał ze mną, policjanci z rodzicami. Kiedy oni już poszli rodzice usiedli naprzeciw mnie. Rozmowa była długa i nieco krepująca. A wynik tej rozmowy był... niezbyt miły. Wysyłali mnie... nie uwierzycie. Oni wysyłali mnie do psychiatryka.
"To nie jest do końca tak... będziesz w specjalnej grupie, która jest normalna, ma tylko pewne problemy, które razem rozwiązują..."- mówili. Byłam zarazem wściekła ale i dziękowałam im... kiedy myślałam o tym co zrobiłam tamtemu człowiekowi i o tym co wtedy czułam... to mnie przerażało, po prostu przerażało. I obrzydzało. W psychiatryku nie będę mogła tego robić. Kto wie, może będzie tam ktoś podobny do mnie? Może w końcu znajdę kogoś, kto nie będzie ode mnie uciekał, kto nie będzie się mnie bał tak jak wszyscy dotychczas? Ale Boże! Psychiatryk?
Czarny mercedes zajechał na teren zakładu psychiatrycznego. Sara nie znała i nie chciała znać nazwy tego zakładu. Ubrana w swoje czarne glany, tymczasowo zostawiając płaszcz z ćwiekami w domu i zastępując go zwykłą białą kurteczką kontrastującą ostro z czarnymi dżinsami, wysiadła z samochodu razem z rodzicami. Po trochu się bała, w głębi duszy jednak wiedziała, że sobie poradzi na tym... oddziale specjalnym. Była silna. Wiele razy musiała sobie radzić. Zupełnie sama. Bez nikogo. Tutaj też tak będzie... ba! może nawet będzie lepiej? Wątpiła w to, chociaż bardzo chciała uwierzyć. Weszli do środka, rodzice rozmawiali chwilę z jakąś kobietą i zaczęła się chwila pożegnań. Rodzice obiecali jej odwiedziny co tydzień. Skinęła im głową, powiedziała kilka słów otuchy - wiedziała, że się o nią boją, mimo że tego nie pokazują. A potem oni poszli, mercedes odjechał a ona została sama z tamtą kobietą w pomieszczeniu przypominającą poczekalnię w przychodni - małym biało-niebieskim pokoju z recepcją, kilkoma drzwiami i ławkami.
- Sara, tak?- zwróciła się do niej kobieta. Ona również miała rude włosy, jednak ciemniejsze, zachodzące nieco w brąz.
- Owszem. Sara Jensen. - Przedstawiła się i zlustrowała wzrokiem kobietę. Była niewiele wyższa od niej, ubrana w biały żakiet i ciemnoniebieskie spodnie. Na szyi zawieszony miała identyfikator.
- Możesz zwracać się do mnie panno Parker. Chodźmy, Saro. Pokażę ci twój pokój i twój oddział.- Odpowiedziała. Weszły przez drzwi z jakimś kodem, przeszły korytarzem o białych ścianach i posadzce wyłożonej zieloną wykładziną. Schodami w górę. W końcu doszły do pokoiku przypominającego salon - były w nim sofy, jakiś stół pod ścianą, fotele, biblioteczki. I obrazy, na każdej wolnej ścianie wisiały obrazy. Na pewno nie przypominało to psychiatryka, na pewno nie. Salon pełny był ludzi, w większości nastolatków, Sara zauważyła jednak również dwie osoby dorosłe - ale również nie stare. Kiedy razem z panną Parker weszły do salonu wiele spojrzeń, chociaż nie wszystkie zwróciły się na nie. Panna Parker jednak przeprowadziła ją przez tłum, do korytarza w którym mieściło się mnóstwo drzwi. Dormitoria. Izolatki?
- Tutaj mieszczą się sypialnie. Będziesz dzielić jedną z inną dziewczyną.- odpowiedziała jakby czytając jej w myślach. Poprowadziła ją na koniec korytarza, do schodów a potem na wyższe piętro. W końcu stanęły przed białymi drzwiami.- To tutaj. Twoje rzeczy już tu są.
- Mhm.- mruknęła Sara. Po chwili jednak zdała sobie sprawę że pasowałoby podziękować.- Dziękuję panno Parker. Mogłabym wrócić do salonu?- kobieta uśmiechnęła się.
- Oczywiście.- wróciły razem do salonu. Spojrzenia znów zwróciły się na nią. Panna Parker przedstawiła ją a potem poszła. Ludzie dopadli do niej i zaczęli wypytywać.
- Cześć, zostaniemy przyjaciółmi?
- Jak się tu dostałaś? Co zrobiłaś?
- Skąd pochodzisz, czemu tu jesteś?
Pojawiło się również dziwne stwierdzenie:
- Jesteś zbyt ładna by być psychicznie chora.- powiedział to chłopak. Miał ciemnoniebieskie oczy i jasną skórę. Jego włosy były czarne niczym smoła, sięgały ramion. Jego ręce były poznaczone.. bliznami. Niemal już niewidocznymi ale jednak to "niemal" robiło różnice. Sara widziała wyraźnie. Przepchnęła się przez tłum i usiadła sama. Chcieli do niej podejść powstrzymali się jednak. Podeszła do niej tylko jedna dziewczyna. Usiadła obok.
- Jestem Destiny. Mieszkamy razem. Witaj w naszej psychicznej gromadce, Saro.
Tego dnia padało. Deszcz uspokoił się dopiero koło szóstej godziny, a i wtedy miasto spowijała mgła. Dla wampira warunki idealne wprost do polowań. Ludzi na ulicach jednak mało. A jeśli już ktoś był to przedstawiciele grupy społecznej zwanej potocznie dresami - zgarbione postacie w czarnych dresach i kapturach czekające, podobnie jak wampiry, na jakąś zdobycz - telefon, zegarek, złotą bransoletkę, portfel..no i ich cele, bardzo nieliczni ludzie wracający z jakichś imprez. Krajobraz pospolity. Cisza, spokój, mgła i ciemność, przerywane tylko światłem kilku ulicznych lamp. Aż tu nagle... ulicą idzie dziewczyna w czarnym płaszczu z ćwiekami na mankietach rękawów i w najwidoczniej nowych glanach. Dziewczyna o niesamowicie bladej skórze i intensywnie rudych, prostych włosach. Głowę ma pochyloną, tak, że dolna część twarzy zatapia się w chuście w czarno-białą kratę. Oczy jednak - brązowe ze złotymi refleksjami, w świetle latarni wydające się nawet bursztynowe obserwują wszystko wokół. Dziewczyna przechodzi obok jednego z zaułków w którym ukrywają się te osoby, zwane dresami. Nie przepuszczają okazji. Jest ich dwóch. Stoją przed nią, patrzą na nią uśmiechając się szpetnie pewni, że tym razem pójdzie wyjątkowo łatwo. Dziewczyna nie okazuje jednak strachu, patrzy im kolejno w oczy. Jej spojrzenie ma w sobie coś... dziwnego. W umyśle jednego z mężczyzn pojawia się zwątpienie, czy aby na pewno pójdzie tak łatwo. Dziewczyna uśmiecha się, oni tego jednak nie widzą. Potem podnosi rękę, rozwiązuje chustę i uśmiecha się ukazując zęby. Podobne do kłów. Minęła sekunda a dziewczyna skoczyła. Dopadła bliższego z mężczyzn i ugryzła go. Przeszły ją dreszcze kiedy trysnęła krew ale ciepły płyn, z domieszką alkoholu, spłynął do jej gardła i wywołał uczucie... podniecenia? szczęścia? sytości? Nie umiała określić. A po chwili uświadomiła sobie co robi. Oderwała się od mężczyzny, otarła usta i uciekła.
Znaleźli mnie kilka dni później. Wzięli mnie na komisariat, zadali wiele pytań. A potem odwieźli do domu. Rodzice nie przyjęli tego dobrze... Nie z powodu tego co zrobiłam - bo nie wiedzieli co zrobiłam. I właśnie to było chyba najgorsze, myśleli że kogoś zabiłam czy coś. Z tego co wiedziałam człowiek, którego zaatakowałam przeżył. Kilka tygodni później policjanci wrócili. Z lekarzem psychiatrą. On rozmawiał ze mną, policjanci z rodzicami. Kiedy oni już poszli rodzice usiedli naprzeciw mnie. Rozmowa była długa i nieco krepująca. A wynik tej rozmowy był... niezbyt miły. Wysyłali mnie... nie uwierzycie. Oni wysyłali mnie do psychiatryka.
"To nie jest do końca tak... będziesz w specjalnej grupie, która jest normalna, ma tylko pewne problemy, które razem rozwiązują..."- mówili. Byłam zarazem wściekła ale i dziękowałam im... kiedy myślałam o tym co zrobiłam tamtemu człowiekowi i o tym co wtedy czułam... to mnie przerażało, po prostu przerażało. I obrzydzało. W psychiatryku nie będę mogła tego robić. Kto wie, może będzie tam ktoś podobny do mnie? Może w końcu znajdę kogoś, kto nie będzie ode mnie uciekał, kto nie będzie się mnie bał tak jak wszyscy dotychczas? Ale Boże! Psychiatryk?
Czarny mercedes zajechał na teren zakładu psychiatrycznego. Sara nie znała i nie chciała znać nazwy tego zakładu. Ubrana w swoje czarne glany, tymczasowo zostawiając płaszcz z ćwiekami w domu i zastępując go zwykłą białą kurteczką kontrastującą ostro z czarnymi dżinsami, wysiadła z samochodu razem z rodzicami. Po trochu się bała, w głębi duszy jednak wiedziała, że sobie poradzi na tym... oddziale specjalnym. Była silna. Wiele razy musiała sobie radzić. Zupełnie sama. Bez nikogo. Tutaj też tak będzie... ba! może nawet będzie lepiej? Wątpiła w to, chociaż bardzo chciała uwierzyć. Weszli do środka, rodzice rozmawiali chwilę z jakąś kobietą i zaczęła się chwila pożegnań. Rodzice obiecali jej odwiedziny co tydzień. Skinęła im głową, powiedziała kilka słów otuchy - wiedziała, że się o nią boją, mimo że tego nie pokazują. A potem oni poszli, mercedes odjechał a ona została sama z tamtą kobietą w pomieszczeniu przypominającą poczekalnię w przychodni - małym biało-niebieskim pokoju z recepcją, kilkoma drzwiami i ławkami.
- Sara, tak?- zwróciła się do niej kobieta. Ona również miała rude włosy, jednak ciemniejsze, zachodzące nieco w brąz.
- Owszem. Sara Jensen. - Przedstawiła się i zlustrowała wzrokiem kobietę. Była niewiele wyższa od niej, ubrana w biały żakiet i ciemnoniebieskie spodnie. Na szyi zawieszony miała identyfikator.
- Możesz zwracać się do mnie panno Parker. Chodźmy, Saro. Pokażę ci twój pokój i twój oddział.- Odpowiedziała. Weszły przez drzwi z jakimś kodem, przeszły korytarzem o białych ścianach i posadzce wyłożonej zieloną wykładziną. Schodami w górę. W końcu doszły do pokoiku przypominającego salon - były w nim sofy, jakiś stół pod ścianą, fotele, biblioteczki. I obrazy, na każdej wolnej ścianie wisiały obrazy. Na pewno nie przypominało to psychiatryka, na pewno nie. Salon pełny był ludzi, w większości nastolatków, Sara zauważyła jednak również dwie osoby dorosłe - ale również nie stare. Kiedy razem z panną Parker weszły do salonu wiele spojrzeń, chociaż nie wszystkie zwróciły się na nie. Panna Parker jednak przeprowadziła ją przez tłum, do korytarza w którym mieściło się mnóstwo drzwi. Dormitoria. Izolatki?
- Tutaj mieszczą się sypialnie. Będziesz dzielić jedną z inną dziewczyną.- odpowiedziała jakby czytając jej w myślach. Poprowadziła ją na koniec korytarza, do schodów a potem na wyższe piętro. W końcu stanęły przed białymi drzwiami.- To tutaj. Twoje rzeczy już tu są.
- Mhm.- mruknęła Sara. Po chwili jednak zdała sobie sprawę że pasowałoby podziękować.- Dziękuję panno Parker. Mogłabym wrócić do salonu?- kobieta uśmiechnęła się.
- Oczywiście.- wróciły razem do salonu. Spojrzenia znów zwróciły się na nią. Panna Parker przedstawiła ją a potem poszła. Ludzie dopadli do niej i zaczęli wypytywać.
- Cześć, zostaniemy przyjaciółmi?
- Jak się tu dostałaś? Co zrobiłaś?
- Skąd pochodzisz, czemu tu jesteś?
Pojawiło się również dziwne stwierdzenie:
- Jesteś zbyt ładna by być psychicznie chora.- powiedział to chłopak. Miał ciemnoniebieskie oczy i jasną skórę. Jego włosy były czarne niczym smoła, sięgały ramion. Jego ręce były poznaczone.. bliznami. Niemal już niewidocznymi ale jednak to "niemal" robiło różnice. Sara widziała wyraźnie. Przepchnęła się przez tłum i usiadła sama. Chcieli do niej podejść powstrzymali się jednak. Podeszła do niej tylko jedna dziewczyna. Usiadła obok.
- Jestem Destiny. Mieszkamy razem. Witaj w naszej psychicznej gromadce, Saro.
~Syra Cailan
Subskrybuj:
Posty (Atom)